Kroniki Astralnych Motyli
#41
Dzień 21


Jeśli chodzi o projekcje astralne, istnieje kilka teorii na temat tego, czym właściwie jest to ciało (albo może ten duch) za pomocą którego poruszamy się po niefizycznych światach. A już na temat właściwości owego tworu można napisać kilka długich rozpraw, nie wyczerpując tematu. W każdym razie jedna z teorii – której zwolennikiem z jakichś względów był Ireasz – głosiła, iż owo ciało jest tworem jednorazowym, generowanym przez umysł (świadomość??) człowieka za każdym razem, kiedy wkracza się w wyższe Fokusy.
Teoria owa zapisana była w notatkach, po które Ireasz wysłał swoje tulpy, przywoławszy je wcześniej w jakiś sposób. Musiał wysłać im polecenie w myślach, bo nie słyszałam, żeby przywoływał je na głos. Po prostu zarówno dziwny zmutowany struś i rajski ptak znalazły się obok w momencie, kiedy były mu potrzebne. Potem tylko zwyczajnie powiedział im, czego chce. Stworzenia wytworzyły przed sobą coś w rodzaju owalnego portalu światła i przeszły przez niego, powodując rozpad przejścia w kaskadzie wielobarwnych iskier.
- One mogą się tak łatwo przemieszczać? - spytałam.
- Dajmony nie mają problemów z instynktownym wykorzystywaniem mechanizmów tego świata – wyjaśnił Ireasz – Nie muszą się zastanawiać, jak się poruszać, szukać czegoś albo wejść z czymś w interakcję.
Mój wyraz twarzy musiał w tym momencie zdradzać wielkie nadzieje, bo Ireasz zaczął się śmiać i pospieszył z kolejnym wyjaśnieniem.
- Ale nie licz na to, że one z automatu posiadają jakąś większą wiedzę. Są tobą i jako takie nie mają dostępu do jakiegoś cudownego źródła informacji, o którym ty nie wiesz. Nie znają więcej słów mocy od ciebie czy instrukcji obsługi jakiegoś astralnego mechanizmu. Chyba, że po prostu same nauczą się czegoś przez doświadczenie, podobnie jak my się tutaj uczymy.
Nie byłam właściwie pewna, czy miałam takie oczekiwania, ale i tak dobrze było wiedzieć.
- A da się je w jakiś sposób wykorzystać? - zapytałam. Kiedy wypowiedziałam to określenie na głos, nie spodobało mi się, chociaż obiektywnie nie musiało ono oznaczać nic złego.
- Są przedłużeniem twojego umysłu. Jeśli się uczą, ich wiedza jest twoja. To znaczy przechodzi do… powiedzmy… tej głównej świadomości. Możesz kazać tulpie szukać informacji w bibliotece, kiedy ty sama… ta główna część… jest zajęta czymś innym. Albo badać jakiś obiekt. Jakieś miejsce...
Przymknął oczy i odchylił się do tyłu. Pozwolił sobie opaść tak, że zawisł na nogach, głową w dół, na poziomej rurze, na której siedział.
Znajdowaliśmy się w miejscu, które widziałam poprzedniego dnia, daleko od lasu, kilka kilometrów w głąb połaci nagiej ziemi. Kiedy tu dotarliśmy, natrafiliśmy na nieznanego przeznaczenia wielką konstrukcję z metalowych rur i prętów, jakby niepokojący szkielet budynku zaprojektowanego wbrew wszelkim prawom geometrii. W centrum tego zbiorowiska metalu znajdowało się coś bardziej podobnego do budynku, twór z rozpiętego pomiędzy stalowymi rurami i filarami zgniłozielonego szkła, poprzecinanego nieregularnymi metalowymi żyłkami jak liść z unerwieniem. Nie weszłam do wnętrza, wśród załamań szklanych ścian nie znalazłam jeszcze wejścia. Jako że to zabarwione szkło było jeszcze dość przezroczyste, próbowałam zajrzeć do środka, ale widziałam tylko coś, co wyglądało na kolejne warstwy tej zielonawej tafli. Dodatkowym utrudnieniem był fakt, iż ta bardziej lita część konstrukcji otoczona była przez mgłę albo dym, którego chmura w jakiś sposób utrzymywała się na tym ograniczonym obszarze. Dlatego ostatecznie cofnęłam się te kilkanaście metrów, wracając do Ireasza.
Kiedy rozmawialiśmy, w którymś momencie chłopak przeniósł się z ziemi na część konstrukcji znajdującą się prawie cztery metry nad ziemią. To był pierwszy raz, kiedy zobaczyłam, jak Ireasz leci. I tak, wbrew pozorom byłam zaskoczona. Jakoś do tej pory bardziej wydawało mi się, że te jego skrzydła stanowią bardziej symbol, niż rzeczywiście umożliwiają lot.
Zebrałam leżące na ziemi luźne kartki w mniej więcej równy stos.
- Ale dlaczego właściwie zakładasz, że nasze ciała astralne są jednorazowe? - spytałam.
- Na przykład dlatego, że kiedy zachodzą w nich widoczne zmiany – gestem wskazał na swoje skrzydła – Nie następuje to jednorazowo, ale stopniowo. Ale nie w sposób płynny, tylko skokowy, tak, że zmiana następuje po każdym kolejnym wejściu do Astralu. Tak jakby to, co widoczne, efekt końcowy, było tylko odbiciem czegoś, pierwotnego procesu. Czegoś w rodzaju kodu źródłowego.
Zaczęłam się zastanawiać, ile razy do tej pory użyłam w obecności Ireasza określenia „Matrix”. A może po prostu astralni podróżnicy sami z siebie, niezależnie dochodzili do podobnych skojarzeń.
- Jest jeszcze jedna ciekawa rzecz – ciągnął Ireasz – Jeśli spróbujesz to skanować umysłem. Nie na poziomie energii, tylko właśnie tego powiedzmy kodu źródłowego… Struktury jak to ktoś ładnie określił… to zauważysz, że samo ciało astralne, reprezentacja danej osoby, zawiera w sobie jakoś mało tych pierwotnych, determinujących czynników. Pierwotne źródło musi być gdzie indziej.
Odruchowo spróbowałam wejść w trans. Kiedy Ireasz nie patrzył wprost na mnie – co siłą rzeczy byłoby trudne, biorąc pod uwagę, że nadal zwisał głową w dół z tej grubej rury – nie sprawiło mi to większych problemów. Byłam też już w dość odpowiednim ku temu nastroju, poza tym nie musiałam od razu całkowicie zatrzymywać myśli. Kiedy uznałam, że poziom spokoju jest wystarczający i dociera do mnie więcej subtelnych bodźców, spróbowałam sięgnąć umysłem do Ireasza. Nie do jego umysłu, raczej do jego obecności tutaj.
Widziałam go. Niepowtarzalnego i określonego. Zdefiniowanego. W sposób, wskazujący jednoznacznie, iż jest on właśnie tą osobą, Ireaszem, tym, którego w prawdziwym świecie ostatecznie zweryfikowałam.
Tak, to chyba oczywiste, iż to zrobiłam. Nie zniosłabym dalszej niepewności. Nawiązałam kontakt z tym człowiekiem. Tego chciał mój logiczny umysł. A czucie wolało to, co badałam teraz.
Kiedy wyszłam z transu spytałam go o ten jego specyficzny marker, który chyba mogłabym rozpoznać już zawsze, niezależnie od tego, gdzie w Astralu znajdowałby się on albo ja sama.
- Sprawdzasz mój ident? - domyślił się Ireasz – Nieźle.
- Ident?
- Takiego określenia używali gdzieś na forach poświęconych projekcjom astralnym… To znaczy temu, co bywalcy takich stron najczęściej mylą z PRAWDZIWYMI podróżami do tego Fokusa. Z tego co się orientuję sporo osób tutaj jeszcze przede mną uznało, że to określenie jest wystarczająco dobre, żeby go używać.
Wydawał się lekko rozbawiony faktem, że na sposób myślenia bywalców innego wymiaru miały wpływ internetowe grupki pryszczatych nastolatków, próbujących wyskoczyć z ciała duchem, żeby móc podglądać pod prysznicem córki sąsiadów.
- Podstawowe słowo mocy do tego brzmi ird’ir – poinformował mnie Ireasz – Kombinacji jest tak dużo, że nigdy nie znałem na pamięć wszystkich. To akurat jest ten wyjątek od reguły, kiedy łatwiej jest używać tego intuicyjnie. Kiedy widzisz jakąś osobę w okolicy, starczy tylko to słowo albo skanowanie umysłem, jak zrobiłaś to teraz. Jedyne co dobrze pamiętam to ird’ir uun. Kieruje uwagę ku własnej osobie.
- Po co identyfikować siebie? - zdziwiłam się. Ireasz wzruszył ramionami, co wyglądało dziwnie, jako że nadal wisiał głową w dół.
- Podobno, kiedy w jakiś sposób nawiąże się więź z pewnymi częściami i mechanizmami tego świata, to się czasem przydaje. Ja takich powiązań nie mam i doświadczalnie tego nie testowałem.
Przyglądając mu się w zamyśleniu, zdałam sobie sprawę, że coraz bardziej mam ochotę krzyknąć, żeby łaskawie raczył zejść na dół. Irytował mnie fakt, iż chłopak znajdował się w miejscu przynajmniej chwilowo dla mnie niedostępnym.
Nie odezwałam się jednak, pozwalając mu tłumaczyć dalej. Pokazywał mi
(wciąż wisząc głową w dół)
że kierując uwagę ku sobie, dobrze jest nakreślić palcem na środku swojej klatki piersiowej albo kilka centymetrów od ciała niewielki okrąg z punktem w środku. Identyfikując zaś innych, niezależnie od użytych kombinacji słów, mogliśmy wskazywać ich palcem. Powtarzając ruchy Ireasza, zwróciłam uwagę na to, że znak ze światła jaki na chwilę pojawił się na mojej koszulce przypomina symbol używany przy określaniu kierunku przepływu prądu.
- To jest symbol ak uun – zaśmiał się Ireasz – Oznacza zwrot ku wnętrzu. Używa się go przy operacjach oddziałujących na własną osobę, chociaż jestem prawie pewny, że ma jeszcze wiele zastosowań.
W zamyśleniu kreśliłam palcem w powietrzu przypadkowe wzory. Te znikały dużo szybciej. Odruchowo zaczęłam uwalniać coraz więcej energii. Światło nie tylko otaczało cienką warstewką moje palce, ale zaczynało tworzyć mgiełkę, rozpływającą się w powietrzu z pewną bezwładnością. Żółta mgiełka rozszerzała się stopniowo na moje dłonie i nadgarstki. Tą demonstracją niejako mimowolnie zdołałam w końcu skłonić Ireasza, aby sfrunął na dół. Chłopak usiadł obok i wyciągnął przed siebie ręce, w taki sposób, że pozostawił między nimi kilkanaście centymetrów przestrzeni. Mrużąc oczy, zaczął gromadzić między dłońmi energię. Zaczęłam się śmiać.
- Psi-balle? - zakpiłam – Zniżamy się do poziomu pryszczatych nastolatków z forów?
Ireasz spróbował udawać urażonego, ale jego spojrzenie wywołało u mnie koleją falę wesołości.
- Co w tym złego? Akurat w jednym te pryszczate nastolatki mają rację. To dobry wstępny trening kontrolowania energii. W fizycznym świecie to nie ma prawa działać, ale tutaj sprawdza się świetnie.
Spróbowałam zrobić to samo. Już za pierwszym razem osiągnęłam mniej więcej taki sam efekt. Na swoje szczęście wcześniej już trochę próbowałam bawić się swoją energią, więc przynajmniej się nie skompromitowałam. Ireasz przyglądał się temu z trudnym do odczytania wyrazem twarzy. Potem nieco oddalił dłonie od siebie i zebrał więcej energii, zwiększając średnicę kuli. Później oddalił je jeszcze bardziej. Kula wisiała przez chwilę przed nim, następnie powoli przepłynęła do jego prawej ręki, odbiła się od niej, przejawiając przy tym jakiś rodzaj sprężystości i już szybciej przemieściła się do lewej dłoni. I z powrotem. I znowu.
- Szpaner! - prychnęłam, gromadząc energię w prawej ręce, pomiędzy zgiętymi palcami. Kiedy uformowałam już w przybliżeniu kulisty kształt, usiłowałam rzucić tym w Ireasza. Nawet zdołałam w jakiś sposób lekko wypchnąć kulę do przodu, odrywając od wnętrza dłoni, ale kilkanaście centymetrów dalej energia rozproszyła się w powietrzu.
- Prawie dobrze – stwierdził Ireasz. Prawie. A prawie robi wielką różnicę. Przecież nie można być trochę w ciąży, czyż nie?
- Używaj UMYSŁU, Maddigan – poradził Ireasz – To nie jest fizyczne ciało stałe, którym rzucasz.
Spróbowałam robić to bardziej myślami. Spróbowałam. Nie byłam do końca pewna jak to robić, miałam dziwne wrażenie, że taka możliwość kontroli jest ściśle ograniczona przez odległość od mojego ciała. Czy tam ciała astralnego. Nieważne. Starałam się, bo nie chciałam, żeby mimo wszystko kompromitacja nastąpiła. Zdołałam odpychać kulki na odległość prawie pół metra od dłoni. Zauważyłam, że łatwiej wychodzi z mniejszymi kulkami, a najlepiej, kiedy koncentrowałam większe ilości energii w niewielkich objętościach. Nie miałam zbyt dużych możliwości obserwacji, bo w którymś momencie nie byłam w stanie tworzyć psi-balli i jedyne co z wielkim wysiłkiem mogłam osiągnąć to wypromieniowanie słabo świecącego obłoczka.
- Chyba baterie mi się rozładowały – stwierdziłam.
Wstaliśmy z ziemi. Otrząsnęłam się, usuwając ze spodni pył, grudki ziemi i kawałki wyschniętej trawy. Zdołałam oczyścić się całkowicie, ale i tak miałam wrażenie, że nie jest to tak efektowne jak wtedy, kiedy zdołałam w podobny sposób wysuszyć przesiąknięte wodą ubranie.
Cholera, niedobrze… Czyżbym usiłowała imponować Ireaszowi?
Przeszliśmy nieco bliżej lasu, potem odbiliśmy w lewo. Miałam wrażenie, że idziemy jakimś szerokim łukiem. Szukałam jakiegokolwiek znajomego punktu odniesienia, ale nic takiego nie znalazłam. Musiało mi na razie wystarczyć mgliste przeczucie, że w jakiś sposób zbliżamy się do miejsc, w których byłam w ostatnich dniach.
Kiedy mijaliśmy Mechaniczne Grzybki któryś już raz, zapytałam o nie.
- Myślisz, że ja wiem wszystko o wszystkim? - prychnął Ireasz – Znam trochę słów mocy, znaków i gestów, trochę się przez te dwa lata pobawiłem energią, ale w żadnym wypadku nie jestem ekspertem. Do niektórych rzeczy po prostu przywykłem, że są tu czymś zwyczajnym. A to coś może być tym, czym dla nas w fizycznym świecie są słupy elektryczne, anteny albo stacje transformatorów.
Pokiwałam głową, na razie zadowalając się tym wyjaśnieniem. Miało ono sens.
Ireasz co jakiś czas wzbijał się w powietrze na kilka metrów, rozglądał po okolicy i znów lądował. Oczywiście nie tam, skąd startował, ale kilkanaście albo kilkadziesiąt metrów dalej, zmuszając mnie do przyjęcia szybszego tempa marszu. Nie musiał się wysilać, żeby latać jakoś szczególnie szybko, ten sposób poruszania i tak był znacznie bardziej efektywny. Kilka razy, kiedy wyjątkowo złośliwie Ireasz zwiększył dystans, spróbowałam dogonić go, korzystając z tej dziwnej teleportacji. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności udawało mi się to za każdym razem. Możliwe, że w tym również pewnej wprawy zdążyłam nabrać.
- No proszę, ale piąty wymiar już wyczuwasz całkiem dobrze – powiedział Ireasz z uznaniem. Otworzyłam usta, ale nie wydałam z siebie żadnego dźwięku. No oczywiście… Jak mogłam na to nie wpaść? Idiotka, po prostu skończona idiotka.
Chciałam się zaśmiać, ale zdołałam jedynie wydać z siebie jakiś bliżej nieokreślony dźwięk. Ten zwariowany świat miał zdecydowanie zły wpływ na moją zdolność kojarzenia faktów. Czyli to było właśnie to, co na samym początku pobytu tutaj przypadkiem zdołałam zrobić i co widział Dudu… Teraz przynajmniej robiłam to celowo, chociaż nadal nie byłam do końca pewna JAK to robiłam.
Dotarliśmy do torów. Kolejne linie Pana Zgubnika. Osiągnęliśmy jakiś rodzaj milczącego porozumienia, automatycznie idąc dalej wzdłuż nich. Po jakimś czasie z niejaką ulgą stwierdziłam, że okolica wygląda nieco bardziej znajomo. Pewność zyskałam, gdy w oddali zobaczyłam stado różnokolorowych krów.
- No to jesteśmy w domu – mruknęłam. Ireasz najwyraźniej zinterpretował to na swój sposób.
- A co, masz ochotę na mleko?
W odpowiedzi tylko głośno i przeciągle westchnęłam.
Z jakiegoś powodu jednak weszliśmy pomiędzy krowy, które nie raczyły zaszczycić nas jakimkolwiek zainteresowaniem. Ireasz wszedł do przemyślnie ukrytej wiaty i wziął jedno ze stojących tam wiader. Wrócił do mnie i zachęcającym gestem wskazywał na kolejne krowy.
- Na co mamy ochotę dzisiaj? - spytał – Bananowe, truskawkowe, czekoladowe?
- To są różne smaki?! - kompletnie zbaraniałam.
- Owszem. I jak widzisz, w miarę czytelnie zaznaczone.
Oczywiście. Te kolory krowich łat! Kolejna rzecz, której być może powinnam od razu się domyślić.
Zdecydowałam się na mleko malinowe, od krowy z łatami barwy ciemnego różu. Ireasz przykucnął obok, chwycił wymiona i zaczął ją doić. Wyglądało na to, że wcześniej robił to już wielokrotnie.
- Umiesz doić krowy? - zdziwiłam się.
- Qiu mnie nauczyła, kiedy odkryliśmy to miejsce. Ona ma rodzinę na wsi… To znaczy w normalnym świecie.
Kiwałam głową w zamyśleniu. Patrzyłam na Ireasza, jak napełnia wiadro, po czym wstaje i idzie znów do tego tandetnie ludowego pomieszczenia pod wiatą. Ruszyłam za nim. Tym razem obeszło się już bez tanich tekstów na podryw nie będących naprawdę tekstami na podryw. Usiedliśmy po przeciwnych stronach małego stolika i napełniliśmy kubki. Malinowe mleko wyglądało trochę jak roztopione lody, w smaku przypominało bardziej jogurt, ale nie do końca. Całkiem smaczne.
Jednak teksty nie-na-podryw w umyśle nie dawały mi spokoju.
- To też jest po to, żeby z tego korzystać, tak? - spytałam.
- Na to wygląda.
- Ale nie możesz mieć pewności.
- W dużym stopniu mogę. Im coś tu jest łatwiejsze, tym większa szansa, że jest jak najbardziej dozwolone. Wyobraź sobie po prostu, że jesteśmy w raju.
No, to próbowałam wyobrażać sobie dwa dni wcześniej…
- Nie wiemy, czy to raj – zauważyłam.
- Pewnie nie w sensie religijnym – odrzekł Ireasz – Ale możemy bezpiecznie przyjąć taką roboczą hipotezę. Wszyscy, których miałem okazję spotkać w ciągu ponad dwóch lat, podchodzili do tego w podobny sposób.
Odchylając głowę w tył, opróżniłam do końca swój kubek. Sięgnęłam do wiadra po następną porcję. Nadal czułam się niepewnie.
- Nie wiem, czemu właściwie tak się przejmujesz – odezwał się Ireasz – Pomyśl sobie, czy my robimy coś złego?
- No… wydaje mi się, że nie.
Sama poczułam, jak mało przekonująco to zabrzmiało. Może to był właśnie główny problem, który tak ograniczał moje odczuwanie i rozumienie tego świata, a także zdolność logicznego myślenia. Moja podejrzliwość i nieufność.
...potencjalnie każdy z nas może nabrać głębokiego przekonania, że coś ma sens tylko dlatego, że mamy akurat wyższy poziom dopaminy...
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  iSenowe Kroniki Filmowe Slavia 6 834 12-05-2018, 22:40
Ostatni post: Slavia

Skocz do:

UA-88656808-1