Kroniki Astralnych Motyli
#21
 Dzień 11


Chyba W KOŃCU szok wywołany pobytem w tym pokręconym świecie zaczął ustępować. Zaczęłam myśleć bardziej logicznie i konstruktywnie, a przynajmniej wczoraj miałam takie wrażenie. Usiadłam z moim zeszytem oraz stosem luźnych kartek w sypialni na górze i spróbowałam uporządkować swoją dotychczasową wiedzę. Zapewne w salonie byłoby mi wygodniej, ale po przeciwnej stronie korytarza, w kuchni musiał wybuchnąć jakiś zbrojny konflikt między przebywająymi tam stworzeniami. Nie wiem, kto tam walczył z kim i o co, ale gniewne okrzyki, brzęk sztućców i trzask rozbijanych naszyń nie sprzyjały skupieniu.
Ostatecznie moja zdobyta w ciągu tych dziwnych ostatnich dni wiedza przedstawiała się następująco:
- piąty wymiar otacza widzialną rzeczywistość i w niektórych miejscach ją przecina, w tych miejscach mogę przejść przez niego automatycznie i bez wysiłku, co nie wyklucza możliwości przebijania się przez wymiary w innych miejscach, co jak dotąd udało mi się tylko raz i to zupełnym przypadkiem.
- na rzeczywistość przypuszczalnie można wpływać za pomocą odpowiednich słów, gestów i znaków, przy czym chyba muszą być do tego spełnione jakieś dodatkowe warunki. Nie wiem, czy chodzi tylko o amulety, które trzeba mieć przy sobie, może do niektórych działań konieczny jest jakiś szczególny stan umysłu, albo poziom rozwoju.
- bo może chodzi właśnie o OTWARTY UMYSŁ, czego warunkiem jest z kolei zachowanie spokoju i opanowanie myśli (powodzenia, Maddigan!).
- ten świat może naprawdę jest jak Matrix, utrzymywany przez maszyny kryjące się pod tą widzialną powłoką. Skoro niektóre urządzenia są widoczne, możliwe, że są dostępne po to, aby umożliwić mi manipulowanie przy nich. Mogłabym w ten sposób sprawować nad tym światem ograniczoną kontrolę, gdybym tylko znalazła instrukcję obsługi tego wszystkiego. Tylko żeby zweryfikować teorię ukrytej gdzieś w głębi wszechobecnej maszynerii, musiałabym albo nauczyć się swobodnie przemieszczać między wymiarami, albo jakoś wyczuwać takie rzeczy. A żeby wyczuwać (a możliwe, że również po to, aby móc w dowolnym momencie przeskoczyć przez wyższe wymiary), zapewne musiałabym OTWORZYĆ UMYSŁ – zatem wracamy do punktu wyjścia.
Spłynął na mnie jakiś rodzaj ulgi, który nie był uczuciem jednoznacznie pozytywnym. Tyle dobrego, że z chaosu nagle wyłonił się spójny cel. Na początku była ciemność aż z ciemności wybiła jedna prosta wiązka światła. Zapewne był to zły rodzaj zadowolenia, taki, jaki człowiek czuje, kiedy ktoś podejmuje za niego trudną decyzję, ale teraz poddałam się temu z chęcią. Zeszłam na dół, porzucając zeszyt na łóżku, nie zastanawiając się, czy to na pewno dobry pomysł i czy później znajdę go w tym samym miejscu.
Przeszłam przez korytarz, mijając kuchnię, gdzie nadal trwały wojny. Pomyślałam przelotnie, że przecież raczej nic nie stoi na przeszkodzie, aby kuchnia na jakiś czas stąd zniknęła, tak jak wcześniej łazienka. I mogłaby wrócić na swoje miejsce już po zakończeniu tych walk.
Wyszłam na łąkę za domem, wybrałam losowe miejsce na trawie i usiadłam. Ze skrzyżowanymi nogami. Nawet nie dlatego, że tak powinna wyglądać medytacja, po prostu tak mi było wygodnie. Zamknęłam oczy i starałam się po prostu wsłuchiwać w ciszę. Biernie. Niczego nie wymuszać. Miałam wrażenie, że z upływem czasu słyszę wyraźniej, bodźce zwykle ignorowane, takie jak szelest liści, nie tyle stały się głośniejsze, co bliższe. Czasami odpływałam. Nie przypominało to uczucia przysypiania, co pewnie dość szybko miałoby miejsce przy próbie medytacji w normalnym świecie. To było bardziej oderwanie się od miejsca, w którym się znajdowałam. Zupełnie jakbym w stanie nieważkości płynęła kilkanaście centymentrów nad trawnikiem. Co jakiś czas otwierałam oczy, aby upewnić się, że dalej siedzę w tym samym miejscu. Oprócz tego wszystkiego czułam też, że jetem zatopiona w tej wypełniający cały świat energii. Nie starałam się podążać za tym uczuciem.
Przerwałam ćwiczenia w momencie, kiedy uznałam, że większego spokoju już nie uzyskam, a prędzej się tym zirytuję. Przeszłam przez łąkę w stronę lasu, bez pośpiechu, nie myśląc właściwie o niczym konkretnym. Rzuciłam okiem na Mechaniczne Grzyby, kiedy je mijałam, po chwili odwróciłam się i cofnęłam. Znów obejrzałam je z bliska, dotknęłam, próbowałam coś wyczuć. Starałam się niczego nie wymuszać i nie wywierać na sobie presji. Zwracałam szczególną uwagę na ruchome elementy. Jako, że spora część tej maszynerii była zrobiona z substancji podobnej do szkła, próbowałam tym emitowanym z rąk światłem oświetlać wnętrze. Efekty wizualne czasami były ciekawe, zaczęłam się tym bawić, przesuwając palcami po kloszach i rurkach. W jakimś stopniu miałam wpływ na natężenie i zasięg tego światła, chociaż najczęściej działało to niedokładnie tak, jak planowałam. W którymś momencie udało mi się, dotykając pionowej rurki tylko czubkiem wskazującego palca, sprawić, że całe światło znajdowało się we wnętrzu rurki, w wypełniającej ją cieczy. Wtedy właśnie stała się dziwna rzecz, która skłoniła mnie do refleksji. Ciecze przepływające w elementach Mechanicznych Grzybów poruszają się z różnymi prędkościami, które mogą nieoczekiwanie się zmieniać. Kiedy ja wysiłkiem woli zdołałam upchnąć punkt światła do wewnętrznego przekroju, nadszedł jeden z tych momentów, kiedy wyglądająca na gęstą ciecz dość szybko popłynęła w dół. Pociągnęła ze sobą świetlistą żółtawą plamkę, która zanim całkiem zniknęła powyżej poziomu gruntu, wyglądała na częściowo rozmytą. Rozcieńczoną. Jestem pewna, że wtedy tak to widziałam.
Cofnęłam rękę, obejrzałam tę rurkę od wszystkich stron, od których było to możliwe, najbardziej w punkcie, gdzie zagłębiała się w ziemię. Potem przyjrzałam się swoim palcom. Oczywiście jak każdy badacz zrobiłby na moim miejscu, spróbowałam to powtórzyć. Nie zdołałam. Zanim to zobaczyłam, wciąż byłam pod wpływem uzyskanego poprzez relaksację spokoju, teraz opuścił mnie on całkowicie. W urządzeniu pod czaszką wrzało. W tym bezładnym kłębowisku myśli tylko jedno spostrzeżenie mogłam, w sposób mało precyzyjny, sformułować. Być może to żółte światło było czymś więcej niż na początku mi się zdawało.
Po kilku próbach zauważyłam, że pod wpływem emocji moja niewielka kontrola nad emisją tej cudownej poświaty praktycznie całkiem zniknęła. W takich warunkach dalsze eksperymenty nie miały sensu. Kręcąc się po łące i próbując wyciągnąć z tego jakiś sensowny wniosek, od czasu do czasu próbowałam wyzwalać to światło. Końce palców jednej czy drugiej ręki albo obu naraz czasami rozjarzały się, dwa razy nawet otaczająca je świetlna otoczka miała prawie trzy centymetry grubości. Głupia zabawa. Astralny odpowiednik bezmyślnego stukania palcami albo zabawy małymi obiektami jakie przypadkowo znajdą się pod ręką. A wnioski nie chciały przyjść, nawet kiedy wracałam już do domu.
Wielkie kuchenne rewolucje zdążyły się już dawno skończyć. Przez otwarte drzwi widziałam brnącego przez brudną kałużę Hissa, który zgubił gdzieś swój kapelusz. Niósł opartą na ramieniu łyżkę wazową, której trzonek był dłuższy niż jego wzrost. Nie wiem, czy oglądałam triumfującego zwycięzcę wojny, czy pokonaną ofiarę, ale wtedy niewiele mnie to obchodziło.
Połączenie zerwałam świadomie i bez większego żalu, zdołałam przed tym dotrzeć do sypialni i jeszcze upewnić się, że zeszyt nie zniknął złośliwie po tym jak go zostawiłam. Był na swoim miejscu także wtedy, kiedy powróciłam tam dzisiaj, ze znacznie mniejszym chaosem w głowie.
Nie próbowałam od samego początku się wyciszyć, znacznie bardziej korciło mnie co innego. Zebrałam rozrzucone notatki i włożyłam między kartki zeszytu, położyłam to wszystko na komodzie z zamiarem uzupełnienia wpisów później. To mogło poczekać. Najpierw postanowiłam metodycznie zbadać kilka rzeczy.
Usiadłam na łóżku, wyciągnęłam przed siebie rękę z otwartą dłonią. Właściwie nie byłam pewna w jaki sposób emitowałam to światło, pierwszy raz zrobiłam to po odruchowo.
(Rysując. Zostawiając ślad.)
Wyciągnęłam drugą rękę, palcem prawej rysowałam po wnętrzu lewej dłoni. Czy to było to samo? Zostawianie śladu, tylko w wodzie? Przesunęłam palcem po ścianie nad łóżkiem. Tu miałam znacznie większą powierzchnię do rysowania. Zrobiłam pojedynczą linię, potem podwójną, dwoma palcami. Mogłam to dowolnie „włączać” i „wyłączać”, wystarczyło po prostu chcieć tego i trochę się skoncentrować na czubkach palców. Nie wymagało to szczególnego wyciszenia, chociaż kiedy tak się bawiłam, siłą rzeczy pewien spokój przychodził sam. Próbowałam świadomie wpływać na natężenie tego światła wokół palców. Kiedy mi się udawało, rysowałam bardziej wyraźne linie i łuki, taki ślad zostawał chyba trochę dłużej. Nie miałam żadnej metody, żeby to ocenić, poza jakże precyzyjną inżynierską miarą „na oko”. Zauważyłam też, że przy odrywaniu palców od ściany za moją ręką ciągnęła się słaba smuga światła, czy może świetlistej mgiełki. Taka „rozcieńczona” jak dym w powietrzu. Miałam jakieś niejasne skojarzenia, przypominało mi to coś, czego oczywiście w tym momencie nie potrafiłam określić. Tylko to irytująco niejasne wrażenie, że to nie powinno mi być obce.
Zaczęłam wykorzystywać całą wewnętrzną powierzchnię dłoni. Powoli zbliżałam ją do ściany i odrywałam. Efekt ciągnących się smug świecącej mgiełki był teraz znacznie wyraźniejszy, nawet przy mniejszej intensywności światła. Kiedy przysunęłam rękę szybciej, wypchnęłam spomiędzy dłoni a ściany ten dziwny „dym”. Widziałam wyraźnie ten efekt, potwierdzenie mojej teorii. To było mniej „statyczne” niż po prostu krąg światła wokół jego źródła. Bardziej jak świecąca substancja, która uwalniała się mojej skóry i stopniowo rozcieńczała w powietrzu. Dopiero nieco większa jej ilość musiała sprawiać, że pozostawała widoczna wtedy, kiedy stawała się już bardziej niezależna ode mnie i podlegała dyfuzji. 
Coraz bardziej mnie to intrygowało. Wciągało w eksperymenty.
Przesuwałam dłonią w powietrzu, jakieś dwa centymetry od ściany. Cały czas uwalniałam z siebie tę świetlistą mgiełkę, jakbym wypuszczała parę spod skóry. Miałam wrażenie, że w tych warunkach naprawdę czuję ciepło ale do pary jak przy wrzeniu brakowało sporo. Nadal nie miałam bladego pojęcia JAK właściwie to robię, po prostu próbowałam na oślep, kierując się uzyskanymi efektami. Kiedy cofałam się na chwilę, zostawiałam na ścianie ślad, plamę światła parującą jak rozlana woda bromowa. Poczekałam aż zniknie całkiem, uniosłam rękę. Przez dłuższą chwilę pozwalałam świetlistej mgiełce gromadzić się wokół dłoni, powoli zbliżając rękę do ściany. Dotknęłam jej, dym rozszedł się wokół dłoni falami, jak kręgi na wodzie. 
Ignorowałam dotąd fakt, iż w tej sytuacji większego skupienia słuch nieco mi się wyostrzył. Większość dźwięków musiałam podświadomie uznać, za zbędny informacyjny szum i nie zwracałam na to uwagi. Dopiero chrupnięcie, które rozległo się wewnątrz ściany nieco mnie otrzeźwiło. Zwłaszcza, że po nim nastąpiła seria kolejnych. Nasłuchując, spróbowałam kontynuować swoje eksperymenty. Tym razem odczekałam nieco dłużej, żeby zgromadzić więcej pary. Nie docisnęłam też ręki całkiem, pozwalając kałuży światła rozlewać się powoli. 
Seria głośnych chrupnięć rozległa się teraz bardzo blisko. Odruchowo odskoczyłam od ściany i było to najsensowniejsze w tej sytuacji posunięcie. Chwilę później w miejscu, którego prawie dotykałam i gdzie zostawiłam dużo rozmytych smug żółtawego światła wśród okruchów drewna wynurzyły się końcówki światłowodów. Grube mniej więcej jak standardowy przewód w ścianach, zakończone ostrym przejrzystym stożkiem. Może i mogłabym uznać to za przypadek, ale gdyby miejsce, które sobie wybrały, było również przypadkowe. Nie dokładnie tam, gdzie ta świetlista substancja jeszcze przez chwilę parowała, zanim całkowicie rozpłynęła się w powietrzu. Trzy końcówki światłowodów wiły się w powietrzu jak odnogi jakiegoś upiornego stworzenia żyjącego w ścianach. Dwie z nich cofnęły się, trzecia wahała się jeszcze przez chwilę. W całej ścianie rozlegały się ciche trzaski.
Chociaż nic nie wskazywało na to, że światłowód wysunie się dalej niż na te kilkanaście centymetrów, zabrałam z komody zeszyt i przyciskając go do klatki piersiowej wycofałam się z pokoju. Niepokój kazał mi iść dalej korytarzem, minąć kolejne pomieszczenia, tę nieszczęsną odnogę, która przecinała Wieżę, wskutek czego została anihilowana, wreszcie doprowadził mnie do drugiego, krótkiego zakrętu w lewo tuż za tym pierwszym. Wślizgnęłam się między ciężkie czerwone kotary, kryjące dwuskrzydłowe drzwi. W Wieży poczułam się zdecydowanie pewniej, nawet, jeśli musiałam przejść kawałek pomiędzy wymiarami. Zacisnęłam zęby i jakoś to przeżyłam.
Drzwi biblioteki były otwarte, za co dzięki niech będą wszystkim nieznanym bogom. Mól Książkowy w swoim wełnianym garniturku i okrągłych okularkach spojrzał na mnie z troską.
- Jakieś kłopoty panienko?
I co ja mogłam w takiej systuacji powiedzieć? Że zaatakowały mnie kable? Gdzieś na horyzoncie zamajaczył mi szpital psychiatryczny.
Przeszłam na podest przed drzwiami biblioteki.
- Tak sobie myślę, że może miałeś rację – powiedziałam – Czasami warto przeczytać cholerną instrukcję.
Kiedy Mól cofnął się w głąb biblioteki, weszłam do środka. Spróbowałam oświetlać sobie drogę w półmroku wzniesioną na wysokość ramion ręką.
(idź, idź dalej, nie oglądaj się, nie patrz na mnie)
W drugiej trzymałam zeszyt i upchnięte weń luźne kartki. Czułam się trochę tak, jakbym nagle odkryła w sobie jakąś nadprzyrodzoną moc i jednocześnie nie byłam w stanie ocenić, w jakim stopniu miałam z tym rację. 
I co ja właściwie zrobiłam? Wywarłam jakiś wpływ na dom, tak jak driady na drzewa? Wyobrażałam to sobie zupełnie inaczej. Nie wypowiedziałam żadnych szczególnych słów, nie wykonałam żadnego gestu. Rysowałam na ścianie przypadkowe smugi, nawet mimowolnie nie utworzyłam żadnego regularnego wzoru. Prędzej mogłam uwierzyć, że ta świetlista mgiełka, dziwna substancja emitowana przez moje astralne czy inne duchowe ciało bezpośrednio przyciągnęła pełznące w ścianie światłowody.
Opuściłam rękę i zacisnęłam palce, rozpraszając smugi światła. To mogło być równie dobrze wyczuwalne także teraz.
- Czegoś konretnego potrzebujesz? - spytał Mól, zatrzymując się kilka kroków przede mną. Pokazałam mu zeszyt.
- Miejsca, gdzie mogłabym usiąść. I trochę spokoju. Muszę uporządkować parę rzeczy.
...potencjalnie każdy z nas może nabrać głębokiego przekonania, że coś ma sens tylko dlatego, że mamy akurat wyższy poziom dopaminy...
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#22
 Dzień 12


Dziury w ścianie nad łóżkiem zniknęły. Gdyby nie to, że tutaj takie rzeczy się zdarzały, musiałabym zacząć zastanawiać się nad kondycją swojego umysłu. Albo, jeśli uparcie postanowiłabym bronić swoich zdrowych zmysłów, uznałabym, że ktoś próbuje mnie wrobić.
W bibliotece znalazłam trochę książek dotyczących psychotroniki. Z tego, co zdążyłam zauważyć, o seansach spirytystycznych tam było, co do poltergeistów nie jestem jeszcze pewna. Pomyślałam, że tutaj złośliwy duch miałby znacznie większe możliwości niż banalne ciskanie szklankami po kuchni. Zresztą do rzucania szklankami znalazłaby się cała kolejka chętnych. Przez chwilę nawet zaczęłam nasłuchiwać odgłosów z dołu, czy przypadkiem stworzenia w kuchni nie rozpętały kolejnej wojny. Nic. Tym razem panowała błoga cisza.
Usiadłam ze skrzyżowanymi nogami, wzięłam pierwszą książkę z brzegu. Może wygodniej byłoby mi usiąść przy biurku albo stole, ale tu też nie było źle. Zaczęłam czytać. Spodziewałam się, że literatura dotycząca seansów spirytystycznych i pokrewnych zjawisk może być dwojakiego rodzaju. W jednych książkach historie opisane są w sposób sugerujący, że wszystkie te paranormalne zjawiska należy traktować poważnie, inne wprost przedstawiają to czy inne medium jako oszusta żerującego na naiwności ludzkiej, czasem podając jeszcze wyjaśnienia stosowanych przez niego sztuczek. Tutaj miałam akurat do czynienia z tym pierwszym przypadkiem. Zanurzyłam się w opowieściach o przekazach z zaświatów, lewitujących stołach, duchach tak namacalnych, że można było obciąć im pukiel włosów i pozostających na pamiątkę spotkania woskowych odlewach dłoni. Przez to wszystko obficie przelewały się jeszcze hektolitry ektoplazmy.
Skojarzenie było oczywiste. Czy właśnie tym była ta dziwna substancja? Uniosłam rękę i spróbowałam tego trochę wygenerować. Inne nastawienie już teraz wpływało na efekt. Świecić zaczęła cała dłoń, nawet bardziej jej środek niż palce a po chwili znad skóry uniosła się zabarwiona mgiełka. Jakiś czas temu prędzej wyobraziłabym sobie ektoplazmę jako gęstą ciecz niż gaz, ale teraz musiałam na wszystkie zasłyszane gdzieś teorie nałożyć poprawki. Może to zresztą była kwestia odpowiedniego zagęszczenia… Może gdybym bardziej się postarała, uzyskałabym ciecz.
Pozwoliłam żeby mgiełka domniemanej ektoplazmy rozpłynęła się w powietrzu i czytałam dalej. Koncentrowałam się teraz na opisach ektoplazmy podczas seansów. Poprawki poprawkami, ale chciałam mieć jakiś punkt zaczepienia, co powinnam doświadczalnie zbadać. Jak dotąd mogłam potwierdzić, że ta substancja dość szybko się ulatniała, kiedy przestawałam się starać ją uwalniać – chociaż to znowu mogło być tylko kwestią zbyt małej ilości. No i świeciła. Nawet jeśli nie na biało ani jadowicie zielono.
Postanowiłam zrobić sobie przerwę, wstałam. Kilka razy już w tym pokoju bywałam – wystarczająco, żeby pewien nawyk wyrobić. Dlatego w stronę drzwi ruszyłam już raczej machinalnie. I zatrzymałam się po pierwszych trzech krokach. Tak, właśnie tak. Drzwi nie było. W ich miejscu była lita ściana, tak jak pozostałe w tej sypialni pokryta wytłaczaną tapetą koloru jasno szafirowego ze srebrnymi wstawkami. Z pełną świadomością, że sensu to nie ma, postukałam w ścianę i nacisnęłam ręką. Ciągłość zresztą zachowana, czego innego mogłam się spodziewać… Teoretycznie jako ciało astralne powinnam przechodzić przez ściany, ale jakoś nic nie wskazywało, że mam taką możliwość. Gdzieś obiła mi się o uszy anegdotka o badaczu, który próbował tej sztuki, aby sprawdzić teorię, iż sporą przestrzeń w atomach zajmuje pustka.
Jak to mówią – jak nie drzwiami to oknem. Wyszłam zatem przez okno. Z pierwszego piętra, które chwilowo tym pierwszym piętrem raczej nie było. Ześlizgnęłam się z parapetu i stanęłam na grząskim gruncie mokradła, zapadając się po kostki.
Otaczały mnie zbutwiałe czarne pnie i trzymające jeszcze pion drzewa, równie martwe jak te dawno zwalone i tonące w zielonkawej wodzie. Wszystko zresztą miało tu niezdrowy zielonkawy kolor, łącznie z niebem, jak się przekonałam, kiedy spojrzałam w górę. Odwróciłam się. Czułam za sobą drewno, które brałam po prostu za drewnianą zewnętrzną ścianę domu, bez znaczenia na którym piętrze. Jednak tu kolejna niespodzianka, domu nie było. Tylko niewiarygodnie gruby pień drzewa a raczej jego pierwsze trzy metry ścięte dość równo powyżej dużej owalnej dziupli.
No pięknie, Maddigan. Po prostu cudownie.
Po chwili namysłu ruszyłam w swoja prawą stronę. Tylko dlatego, że wydawało mi się, że w ten właśnie sposób musiałabym obejść dom, aby znaleźć się przy frontowych drzwiach. Z braku lepszego i ten głupi pomysł wydał mi się dobry. 
Nie mając wyboru, musiałam wejść w tę wodę. Wcześniej znajdowałam się na nieco wzniesionej wysepce, tutaj średnia głębokość sięgała mi pod kolana a stopy po każdym kroku zapadały się w muł. W niektórych miejscach teren nieco się podnosił, w innych stosy poczerniałego, rozkładającego się drewna niemal wynurzały się nad powierzchnię. Małe to było ułatwienie, o te leżące pod wodą kłody łatwo dało się potknąć. Złapałam jakiś mniej więcej prosty kij, nieprzyjemnie śliski w dotyku i pokryty zielonym osadem glonów, żeby sprawdzać nim dno przed sobą. W sposób naturalny szłam mniej więcej tam, gdzie było najbardziej równo i najwygodniej, brodząc w wodzie przynajmniej do pół łydki. 
Połamane konary i pnie, z których zwieszały się prawie zwarte zasłony nitkowatych glonów zdawały się tworzyć ściany korytarza, którym podążałam.
Szłam korytarzem? Do licha, po to właśnie znalazłam się na jakimś odludziu w środku bagna bez oznak życia w promieniu paru kilometrów, żeby iść wytyczonym korytarzem?!
Zaczęłam szukać jakiejś wyrwy w tym naturalnym murze. I nic nie wskazywało na to, że szybko ją znajdę, o ile korytarz sam nie postanowi skręcić albo się rozwidlić. Po prawej stronie było kilka wysepek, na jedną z nich na chwilę tak dla zasady wyszłam. Spróbowałam przejść z niej na niski odcinek wału z pni, gałęzi, kamieni i innego naturalnego śmiecia. Z trudem utrzymałam równowagę, w końcu śliskie to było jak diabli, ale satysfakcję uzyskałam. Na satysfakcji się skończyło, bo i tak musiałam zeskoczyć na dół, żeby iść dalej. Przynajmniej wrednie rozpryskałam dookoła tę ciemną brudną wodę.
Wokół mnie rozeszły się kręgi, które nieoczekiwanie przecięły się z kręgami mającymi źródło kilka metrów przede mną. W centrum tego źródła pojawiły się bańki, następnie spod wody wynurzył się stwór o zgniłozielonej, błyszczącej jak u płaza skórze. Miał całe czarne skośne oczy jak stereotypowy kosmita i spiczaste uszy jak każdy gnom czy inny chochlik. Czubkiem głowy sięgał mi może do połowy uda jak stanął wyprostowany i był przeraźliwie chudy.
- Raczej nie wydaje mi się, żebyś był poltergeistem – stwierdziłam. Stwór wydął usta i rozłożył ręce. Miał w dłoniach po cztery palce, długie, chude i ostro zakończone.
- Dlaczego miałbym być? - spytał.
- Nieważne. Powiedz mi, gdzie jesteśmy.
- To nadal twój teren, jeśli o to pytasz – wyjaśnił stwór. Podeszłam bliżej, zmniejszając dystans, stwór również ruszył przed siebie. Nie uciekał, szedł normalnie, nie wyglądało na to, żeby się mnie bał.
- Czyli da się stąd wrócić do domu? - spytałam. Stwór musiał w tym momencie stanąć w jakimś zagłębieniu, bo nagle zapadł się prawie cały pod wodę. Kiedy znów znalazł się na równiejszym gruncie, odwrócił się do mnie, przekrzywiając głowę.
- Pytasz się? - zdziwił się – A co właśnie robisz?
Patrząc na niego pomyślałam, że taka istota nie mogłaby w żadnej sytuacji mieć autorytetu. Stworzenie było wręcz przeciwieństwem każdego wyobrażenia autorytetu. Dlatego właśnie uznałam, że chyba mogę mu zaufać. Siłą wyrywając stopy z mułu przyspieszyłam, zmniejszając dystans jeszcze bardziej. Położyłam rękę na ramieniu stwora, zmuszając go, żeby na chwilę się zatrzymał.
- Powiedz mi – odruchowo zniżyłam głos – To możliwe, żeby dom próbował mnie zaatakować?
Nie miałam na myśli tylko tej obecnej sytuacji i przyczyn, dla których się w niej znalazłam. Pytanie było efektem nieco dłuższych rozważań. I znów zdołałam nim zaskoczyć tę chudą śliską istotę.
- Dlaczego miałby to robić? - odpowiedział stwór pytaniem na pytanie – Jesteś pewna, że cię atakował?
Nie, nie byłam pewna i pewna być nie mogłam. Właściwie tu nie mogłam być pewna niczego, co widziałam. I może właśnie od tego powinnam wyjść.
- Może jest odwrotnie – zasugerował stwór. 
Owszem, wszystko jest na odwrót. Dosłownie stoi na głowie.
- Może to ty się chaotycznie miotasz – ciągnął – Świadomie chcesz zrozumieć to wszystko i przez to podświadomie stawiasz opór a jednocześnie jakaś część ciebie, tam w głębi, będzie podążać za przeczuciem i stale się uczyć.
- A dom?
- Reaguje na ciebie. Na energię, myśli, emocje…
W którymś momencie podjął marsz. Znów za nim szłam, pozwalając mu wybierać drogę. Z tym że ja szłam bardziej po prostej, on skręcał, lawirował meandrami, wdrapywał się na wały z pni i kamieni albo na krótką chwilę przystawał na wystających ponad wodę wzniesieniach. Idąc rozgarnialiśmy warstwę rzęsy i glonów na wodzie, tak, że mogłam przez chwilę zaglądać pod powierzchnię. Czasami dostrzegałam umykające przede mną ciemne wydłużone kształty. Astralne pijawki?
- Mogę wpływać na dom? - spytałam i prawie od razu swoje pytanie uściśliłam – To znaczy ŚWIADOMIE wpływać.
- Nie widzę przeszkód – odrzekło stworzenie – Trochę wysiłku i się nauczysz. Po prostu go poznawaj. Równocześnie poznawaj dom i siebie. Swój umysł i jego możliwości tutaj.
Pechowo stanęłam w jakimś bardziej grząskim miejscu i noga zapadła mi się w muł kolejne kilkanaście centymetrów. Uwolnienie jej wymagało pewnego wysiłku, potem musiałam przyspieszyć, żeby dotrzymać stworowi tempa. Spodnie miałam już mokre do połowy ud.
Zaczęłam pytać, czy chodzi mu między innymi o otwieranie umysłu poprzez spokój, ale urwałam. Zauważyłam w otoczeniu pewną zmianę. Woda w niektórych miejscach stawała się chłodniejsza, czułam też słaby prąd. Płynęła, w kierunku przeciwnym do naszego marszu. Była też mniej mętna, zielony kożuch na powierzchni nie był już zwartą całością. Widziałam przepływające przy dnie stworzenia podobne do węży, małe rybki i coś podobnego do beznogich brunatnych ropuch z wyposażonym w błonę ogonem. Kijanki, które dorosły, nie przechodząc metamorfozy. Poza tymi przejawami życia, coraz częściej widziałam coś, co przypominało wyrzucone szmaty. Mokre i brudne elementy garderoby unosiły się wśród smug glonów. Chuda istota w pewnym momencie potknęła się albo zapadła głębiej, zanurzając się całkowicie w brudnej wodzie. Kiedy znów wynurzyła się nad powierzchnię, na głowie miała coś, w czym rozpoznałam bardzo zniszczone kalesony.
Na wszystkich astralnych bogów, zdejmij to z siebie, pomyślałam. Stwór był mizerny, respektu nie mógłby wzbudzać w żadnych okolicznościach, nie musiał jeszcze narażać się na śmieszność. Teraz idąc tak przyozdobiony, jak gdyby w ogóle tego nie zauważył, wydawał się pokraczny, jakby stracił nagle całą swą gibkość i zwinność, dające mu prawo do traktowania go z jakąś powagą. I poza śmiechem widok tej małej biedy budził jakiś smutek i żal we mnie, tak, że w końcu sama pozbawiłam go tej korony błaznów. Dopiero wtedy mogłam zadać do końca swoje pytanie.
- Wyciszenie zawsze pomoże – stwierdziło stworzenie – Jak przestanie cię rozrywać we wszystkich kierunkach jednocześnie, będziesz wiedziała co robić. I jak. No i zapewne przestanie ci się wydawać, że dom działa przeciw tobie.
Odwrócił się i wyszczerzył zęby w uśmiechu. Miał w pyszczku całe mnóstwo drobnych ostrych ząbków. Starał się patrzeć na mnie, ciągle idąc. Teraz mogliśmy zwolnić, docieraliśmy do kolejnego wzniesienia, znacznie większego, porośniętego drzewami i trawą. Przede wszystkim znajdował się tu sypiący się mur z jasnych kamiennych łupków, z którego wyłaniał się wylot szerokiej rury. Wydobywał się z niej ciągły strumień wody, wyraźnie bardziej czystej niż ta wokół, która rozcieńczała bagienny brud. Tylko czasem razem z wodą z ciemnego otworu wypływała piana albo kolejne elementy odzienia. Kiedy stwór podchodził do wylotu, minął po drodze kilka niesparowanych skarpetek.
- Możesz tędy wrócić, ta droga jest równie dobra jak inne – wyjaśnił – I dobrze by było, jakbyś przemyślała, to co powiedziałem.
Przytaknęłam, bo chyba nic innego w tym momencie nie mogłam zrobić. Zanim jednak opadłam na kolana i zagłębiłam się w mroczny tunel, położyłam stworowi rękę na ramieniu, zmuszając, żeby na mnie spojrzał.
- Zanim pójdę, powiedz mi jeszcze jedno – poprosiłam – Czy ktoś tutaj może próbować mnie wrobić?
Stworek otworzył szeroko swoje czarne oczy. Teraz wyczuwałam wyraźnie, że jego zdziwienie jest autentyczne.
- Dlaczego jesteś taka podejrzliwa? - prychnął – Jeśli potrzebujesz zapewnienia, mogę ci to powiedzieć. W domu wszyscy życzą ci dobrze. Chcesz oświadczenia na piśmie?
- Przepraszam – właściwie nie wiedziałam, czy już powinnam przepraszać, ale zrobiłam to na wszelki wypadek – Tutaj czasami trudno zachować spokój i zdrowe zmysły.
- To w końcu przestań oczekiwać ataku i zacznij ufać. Dopiero tak otworzysz się na ten świat.
Wpełzłam na kolanach do wnętrza rury. Może nie było tu wystarczająco dużo miejsca, żebym szła wyprostowana, ale tak mogłam poruszać się dość swobodnie. Poziom płynącej w przeciwnym kierunku wody był wystarczający, żebym położyła się na powierzchni i przeciągała się rękami po dnie. I tak byłam już praktycznie cała mokra, więc nie robiło mi to różnicy. Zresztą dlaczego w ogóle miałoby to być problemem?
Wokół mnie panowała praktycznie całkowita ciemność. Kilka razy próbowałam wyemitować tę ektoplazmę, czy czymkolwiek była świecąca żołta mgiełka, ale nie byłam w stanie na zbyt długi czas oderwać ręki od dna, od razu prąd zaczynał mnie znosić. Smugi światła rozmywały się w wodzie, co byłoby pomocne, gdyby płynęła w przeciwnym kierunku. W którymś momencie wyczułam wokół zmianę. Początkowo była subtelna, właściwie niezauważalna, potem musiałam stwierdzić, że woda chyba przestała być wodą. A powietrze nad nią również raczej nie było powietrzem. Grawitacja gdzieś zniknęła, zastąpiona przez siłę odśrodkową, a jedyną prawie pewną rzeczą pozostał ciągły wirowy ruch wokół osi rury. Gdy w ciemności moje zmysły się wyostrzyły, bez szczególnego wysiłku wyczułam pole siłowe, również częściowo na ów ruch podatne, na przemian zagęszczające się, uniemożliwiając mi jakikolwiek ruch i ustępujące. W którymś momencie mogło już tylko ustępować, a wtedy wirowanie ustało. Ciśnienie zaczęło spadać, podobnie jak poziom wody. I w końcu ujrzałam światło na końcu tunelu.
Najpierw jeden jasny punkt, potem szczelinę, potem coraz bardziej powiększający się otwór, w miarę jak ktoś z drugiej strony stopniowo usuwał to, co blokowało okrągły wylot. Przeczołgałam się w tamtą stronę i wypadłam z pralki na podłogę.
- Ech, panienko! - Dudu jęknął i pokręcił głową, ciągnąc po podłodze prawie większą od siebie miednicę z praniem – Jak chciałaś uprać swoje rzeczy, mogłaś je wcześniej z siebie zdjąć. Takie to pokolenie, najprostszej rzeczy dobrze nie zrobi!
Wstałam i uśmiechnęłam się czarująco.
- Powiedzmy, że miałam, nazwijmy to, drobne problemy natury technicznej.
Otrzepałam się jak pies po kąpieli. Woda zaczęła spływać ze mnie na podłogę. W kilka chwil byłam już całkiem sucha. Nieźle.
Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Wyblakłe jasnobrązowe kafelki, chropowate, źle otynkowane i pomalowane ściany, małe okna pod niskim sufitem. Do drzwi prowadziło kilka krzywych stopni. Pod jedną ścianą stały trzy duże pralki, po przeciwnej stronie półki i kosze zawalone stertami ubrań i ręczników. Zostawiłam Dudu przy pracy i wyszłam do nieco większego, a przynajmniej dłuższego pomieszczenia, wyglądającego jak magazyn na przypadkowe obiekty. Po ścianach i suficie światłowody rozrosły się jak korzenie jakiejś dziwacznej rośliny. To pomieszczenie już rozpoznawałam a przynajmniej potrafiłam zlokalizować. Z dwóch par drzwi te po mojej prawej prowadziły bezpośrednio do Wieży.
Tak, to chyba jasne, że drzwi do sypialni znów były na swoim miejscu, kiedy weszłam na górę. Książki i mój notatnik też leżały na łóżku, tam, gdzie je zostawiłam. Wszystko wydawało się tak uroczo, wręcz nieprzyzwoicie normalne.
Na szafce nocnej czekała na mnie Kiri. 
- Będziesz to czytać? - spytała – Zamierzasz zostać medium?
- Może już się nim staję – odpowiedziałam – Zamierzam po prostu sprawdzić parę rzeczy. Doświadczalnie. Zbadać możliwości. A potem się zobaczy.
- Teraz też je badałaś?
- Teraz błądziałam w mrokach swojego umysłu. I tak, mogę powiedzieć, że to też było badaniem.
W głosie miałam znacznie więcej pewności siebie niż rzeczywiście czułam.
...potencjalnie każdy z nas może nabrać głębokiego przekonania, że coś ma sens tylko dlatego, że mamy akurat wyższy poziom dopaminy...
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#23

Nie moje, ale tak jakoś mi tu pasuje :D
...potencjalnie każdy z nas może nabrać głębokiego przekonania, że coś ma sens tylko dlatego, że mamy akurat wyższy poziom dopaminy...
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  iSenowe Kroniki Filmowe Slavia 5 205 07-11-2017, 01:22
Ostatni post: wampia

Skocz do:

UA-88656808-1