Kroniki Astralnych Motyli
#31
Będzie wincyj :P
A wszystko już przeczytałeś co jest? Bo pewnie szybciej się czyta niż pisze.
...potencjalnie każdy z nas może nabrać głębokiego przekonania, że coś ma sens tylko dlatego, że mamy akurat wyższy poziom dopaminy...
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#32
Jeszcze nie jestem nawet w połowie, ale nadrobię. Czytam głównie na szkolnych przerwach, w gimnazjum i w muzycznej :D
Życie to sen.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#33
Dzień 16


Podróżowanie po innych wymiarach ma jedną zasadniczą wadę. Nie istnieje chyba żaden sposób na przedłużenie łączności z Astralem. Prędzej czy później trzeba wyjść z gry. I liczyć na to, że po powrocie wszystko będzie tak jak poprzednim razem.
Nie za bardzo mogłam prosić żywiołaki, żeby na mnie czekały. W przeciwieństwie do mnie one zdawały się mieć do wykonania jakieś zadanie. Poza tym – a to przyszło mi do głowy dopiero, kiedy znów odleciałam w astralne przestworza – mogłam potraktować to jako kolejny eksperyment. Gdybym zastała żywiołaki dokładnie tam, gdzie widziałam je, gdy traciłam połączenie, miałabym potwierdzenie, że one także w jakiś sposób są częściami mnie, mojej podświadomości czy jeszcze czegoś, co ludzie posiadają wśród tych zwojów w czaszce. Ale na polanie na wzniesieniu nie było nikogo.
Na żywiołaki, teraz w jeszcze większej liczbie, natknęłam się dopiero parę kilometrów dalej. Pokonałam ten dystans częściowo szybkim marszem, częściowo biegiem. Nie czułam przy tym zmęczenia, byłam tak lekka, jakbym frunęła nad ziemią, czasem tylko się od niej odbijając. Mogłam tak chyba biec bez końca. Czuć bez końca. Napawać się, nasycić do cna, przeniknąć i dać się przeniknąć. Upodobnić się do driad, przemienić, stać się jedną z nich. Narodzić się na nowo, obudzić do nowego życia. Chyba tak właśnie i dzięki temu zdołałam wytropić żywiołaki. Chłonąc i wczuwając się.
Dwa osobniki chyba mnie rozpoznały, bo uniosły ręce w geście powitania. Weszłam w grupę jakbym była jedną z nich, naprawdę wówczas czując, że jestem tego częścią. Grupa podzieliła się, niektórzy zostali w tym miejscu, część się rozproszyła, inni ruszyli przed siebie, najwyraźniej podejmując przerwany marsz. Dołączyłam do tych ostatnich, jako że tam byli ci, którym towarzyszyłam poprzedniego dnia.
Zauważyłam, że tym razem zwracali uwagę na zupełnie inne rzeczy. Kilka razy mijaliśmy jakieś pracujące maszyny, które żywiołaki ignorowały. Tylko ten czy ów pokiwał głową, jakby z aprobatą, potwierdzając, że wszystko jest w porządku. Ich uwagę przyciągało coś, co przypominało pozlepiane, mokre grudy popiołu z domieszkami rdzy. Pierwszą taką grudkę znaleźliśmy leżącą na ziemi, jeden z żywiołaków wówczas podniósł ją i pokazał pozostałym.
- Martwe? - spytał inny. Pierwszy, wyciągając otwartą dłoń z tym bezkształtnym obiektem, powiedział, że zawsze mogą sprawdzić. Dwaj podeszli, przyjrzeli się z bliska i chyba dość szybko przyznali mu rację. Niedługo potem znaleźliśmy tego więcej. Tamtą pierwszą grudkę znalazca chyba postanowił zachować, bo cały czas trzymał ją przy sobie. Na wszelki wypadek ja też wzięłam kawałek, mniejszy od tego pierwszego. Nie chciałam, żeby coś mi umknęło, w zupełności wystarczało mi to, iż nie miałam pojęcia, w czym uczestniczę. Mogłam spytać, a jakże. Ukazując tym samym jak bardzo jestem zielona.
Idąc, obejrzałam sobie to coś z bliska. Bryłka składała się z częściowo stopionego pyłu, z wtrętami zdeformowanych kryształów, przerastały ją nitki podobne do korzeni traw i coś w rodzaju skrzepów. Jedyne co przychodziło mi na myśl, to erupcja czegoś pośredniego między wulkanem a gejzerem, w wyniku której to zostało wyrzucone na powierzchnię, po czym zaschło do takiej postaci.
Mimowolnie bawiłam się emitowaniem energii. Jak dziecko, które dostało nową zabawkę i które przez jakiś czas po prostu musiało po nią sięgać i oglądać ją z każdej strony. Nie miałam jak sprawdzić, ile tego traciłam przy tych w większości mało owocnych próbach. Mierne efekty, pomijając fakt, że cały czas była w ruchu, co nie pozwalało na odpowiednią koncentrację, mogły wynikać albo z mojego braku doświadczenia, albo właśnie z niskiego poziomu energii. Co jakiś czas próbowałam uzupełniać utraconą część przez pobieranie z drzew. Przystawałam na chwilę, kładłam dłoń na pniu i próbowałam zasysać, wyobrażając sobie, że wpływa we mnie płyn albo gęsty opar. Coś podobnego do tego, co sama wytwarzałam. Wbrew temu, czego w pierwszej chwili oczekiwałam, nie był to ten sam proces, ale odwrócony. Poziom trudności nagle wzrósł… Mniej więcej jakieś dwa rzędy wielkości. Ciężko było mi ocenić, czy w ogóle cokolwiek w ten sposób uzyskałam. Z każdą próbą czułam się coraz bardziej znużona tym wysiłkiem. I coraz bardziej zostawałam w tyle. Tyle dobrego, że docieraliśmy do kolejnego miejsca, gdzie las się przerzedzał i reszta grupy całkiem nie zniknęła mi z oczu.
Wyszliśmy z lasu na porośniętą rzadką, w większości suchą roślinnością przestrzeń. Po drugiej stronie widziałam drugą linię drzew, dość wąski pas, który dalej na prawo się kończył. Pośrodku, w praktycznie nagiej glebie znajdował się szeroki, półtorametrowej głębokości dół o płaskim dnie. Kiedy podeszłam bliżej, zobaczyłam gnoma, małe pękate stworzenie o brązowej skórze w ciemniejsze plamy, z głową przypominającą ogromny kartofel, z czubka którego radośnie sterczał w górę bujny pęk długich wąskich liści. Gnom układał na ziemi kamienie, najwyraźniej celowo dobrane, gładkie, o dość regularnym owalnym kształcie, białe albo jasnoszare, tworząc wzór, rodzaj prymitywnego kręgu pociętego odcinkami i łukami. Musiał jakimś subtelnym astralnym zmysłem wyczuć moją bliską obecność, bo przerwał swoją pracę i odwrócił się do mnie. Ja żadnym sposobem nie zdołałam stwierdzić, że za mną stanął jeden z żywiołaków. Prawie podskoczyłam, kiedy nieoczekiwanie się odezwał. Nie do mnie, do tego gnoma na dole.
- Może widziałeś coś tutaj? - spytał. Gnom podreptał do jednej ze ścian uskoku, częściowo osypanej, częściowo jakby wykopanej w kilka różnej wysokości stopni. Niezdarnie wgramolił się na górę. Z pewnością było to dla niego trudne przy takim wzroście. Kiedy stał wyprostowany, ramiona miał na wysokości moich kolan. Z bliska zobaczyłam, że podobnie jak driady nosił spódniczkę z suchych traw a na szyi rzemyk z nawleczonymi szponami i zębami. Wzdrygnęłam się widząc, że niektóre niepokojąco przypominają ludzkie.
- Tak, tak, widziałem – mruczał gnom, idąc w stronę lasu, nie do końca w miejsce, skąd wyszliśmy. Wchodząc między drzewa, minął kilka kęp czegoś podobnego nieco do papirusu, o fioletowych prążkowanych liściach. Zatrzymał się kilkanaście metrów dalej, nad wbitym w ziemię kijem, do którego zamocowano spleciony z gałęzi okrąg, i dwa proste poziome patyczki, tak, że przecinały ten okrąg, wychodząc nieco poza jego obwód. Wystający w górze nad okrąg koniec kija otoczony był wiechciem suchych traw, sterczących jak wyjątkowo zniszczony pędzel. Pędzel pokryty jakimś zaschniętym czerwonym barwnikiem.
- Wilkołaki – stwierdził stojący najbliżej żywiołak. Do tej pory nie myślałam, że możliwe jest jednoczesne okazywanie satysfakcji i dezaprobaty. Jego towarzysz zaraz potem swoim głosem dodatkowo to potwierdził.
- To takie typowe. Stwierdzą, że coś jest nie tak, zatem wycofają się, żeby to inni musieli się martwić.
- No ale zostawili ostrzeżenie – zauważył gnom, za co cała czwórka żywiołaków w pięknie zsynchronizowany sposób zgromiła go wzrokiem.
- Tak, ostrzeżenie dla swoich – mruknął ten pierwszy – A do pozostałych to nie łaska przekazać wiadomości. Nie zdziwiłbym się, gdyby w ich interesie było, żeby całe lasy pozostały tylko dla nich. Moim zdaniem każdy z nich już od dawna po części jest zombie.
Ponaglony, gnom poprowadził nas dalej, do drugiego podobnie spreparowanego symbolu z gałęzi. A dalej dotarliśmy do placu wypalonej ziemi. W środku pogorzeliska czerniała częściowo zapadnięta jama w ziemi, drzewa wokół miały osmaloną korę, z niektórych pozostały same poczerniałe pnie. Inne z kolei, które wydawały się nietknięte przez ogień, były skurczone i powykręcane w sposób zdawałoby się niemożliwy do osiągnięcia, bez pośredniego przeprowadzenia ich w stan półpłynny.
Wyczułam od żywiołaków nagły impuls zaskoczenia.
- Wilkołaki umieją sobie poradzić z czymś takim? - spytał jeden i zaśmiał się nerwowo – Może ich jednak nie doceniamy.
- Jeśli tak, to musielibyśmy im porządnie skopać tyłki – odpowiedział inny – Że do tej pory nic z tym nie robili.
Kiedy znów wycofaliśmy się z lasu, atmosfera się zmieniła. Niepokój ustąpił swego rodzaju satysfakcji. Gnom postanowił dotrzymywać nam towarzystwa, przynajmniej na razie. On również zdawał się być nie do końca zorientowany, o co chodziło.
Szliśmy przez łąki, czasami nawet natrafialiśmy na coś, co od biedy można było nazwać drogą. Tak, fragmentami nawet utwardzoną. Ale w zasadzie… Czy w krainie wolności ktokolwiek potrzebował dróg?
Po jakimś czasie udało nam się nawet trafić na tory kolejowe. Ich rozstaw odpowiadał raczej jakiejś zabawkowej lokomotywie z wesołego miasteczka niż prawdziwym pociągom. Spytałam o to, gnom odpowiedział mi, że najprawdopodobniej to część sieci Pana Zgubnika. Jeden z żywiołaków zaczął się śmiać.
- Wiecie, w tym całym burdelu dostrzegam jedną jasną stronę – stwierdził – Że ten pokurcz choćby pękł, na razie nie dobuduje nowych linii.
Ruszyliśmy wzdłuż torów. Któryś z żywiołaków musiał odebrać skądś jakiś sygnał, bo dał pozostałym znak, żeby się pospieszyli. Ja i gnom zostaliśmy trochę z tyłu, co nawet mi odpowiadało. Szeptem spytałam, kim jest Pan Zgubnik.
- Podobno krasnoludek, który jeździ po całym Astralu pociągiem – odrzekł gnom – A przynajmniej po zamieszkanych obszarach. Ja go nie spotkałem jak dotąd i może nigdy nie spotkam.
- Dlaczego? - zdziwiłam się.
- Bo tacy jak ja żyją bardzo krótko.
Zwyczajnie stwierdził fakt. Bez emocji, bez żalu, z godną najwyższego podziwu obojętnością. Przyjmował prawa natury takimi, jakie były.
- I może głupi jestem i głupi umrę, ale oni pewnie i tak nie mają racji – powiedział z zacięciem – Nawet jakby kilkakrotnie rozwinął swoją sieć połączeń nie zawłaszczy sobie ich terenów. Ten świat stale się rozrasta. Przynajmniej w normalnych warunkach tak być powinno.
No, przynajmniej może jedna rzecz się wyjaśni.
- Co to znaczy w normalnych warunkach? - spytałam. Gnom na chwilę się zatrzymał.
- To znaczy tak jak dawno, dawno temu, kiedy podobno było tu tak jak być powinno i cały ten świat żył. Rozwijał się. Ewoluował. I jak nawet gdzieś trafiła się anomalia, jakoś szybko odzyskiwało się nad tym kontrolę… Znów porządek był… Zanim coś nagle się stało… popsuło… Cholera, dziewczyno!
Spojrzał na mnie z nagłą irytacją.
- Nie wymagaj ode mnie jakiejś wielkiej wiedzy! - parsknął – Narodziłem się jakieś trzy tygodnie temu, pozostało mi niewiele więcej zapewne. Mówiłem już, głupi jestem i pozostanę głupi do śmierci.
Kierunek marszu się zmienił i oddaliliśmy się od torów. W oddali, teraz przed nami i nieco na lewo wiły się meandry jakiejś niezbyt wielkiej rzeki. Poza niewielkimi grupami drzew mijaliśmy jakieś niewduże budowle. Nie przypominały one niczym tej konstrukcji w lesie, były małe, klockowate, o białych ścianach, czasem z żółtobrązowym obramowaniem wokół drzwi albo biegnącym przy górnej krawędzi ścian, wokół płaskiego zadaszenia. Na niektórych tych ciemniejszych fragmentach wytłoczono runy i symbole. Zatrzymaliśmy się w pobliżu jednego z takich budynków, nieco większego, otoczonego czymś, co wyglądało jak skrzyżowanie anten ze współczesną sztuką. No, coś takiego jak czasem widuje się na wystawach i czym wypada się zachwycać, żeby nikt człowiekowi nie zarzucił, że się nie zna. Pionowe wbite w ziemię pręty z przymocowanymi w losowych miejscach wielokątnymi, sferycznie wygiętymi kawałkami blachy.
Jeden z żywiołaków wszedł do środka przez prostokątny łuk drzwiowy, wypełniony mglistym, połyskującym na niebiesko polem siłowym. Pozostałe powoli ruszyły za nim, przekonałam się wtedy, że oprócz dzielenia się pojedynczych osobników na dwa, istoty te były również zdolne do stapiania dwóch ciał w jedno. Przy czym tak samo bezczelnie jak przy procesie odwrotnym ignorowały prawo zachowania masy. 
W tym momencie mogłabym wejść za nimi do środka i przekonać się, co będą tam robić. Taka była moja pierwsza myśl, zanim zdałam sobie sprawę, że to właściwy czas, w którym mogłabym się rozejrzeć po okolicy. Do tej pory wszystko tylko mijaliśmy, szybko przechodząc obok. Ot takie ozdobniki wzdłuż naszej drogi, dla urozmaicenia krajobrazu. Mogłabym wręcz pomyśleć, że zaraz po tym, jak przeszliśmy dalej, zniknęły, zbędne już w nieobecności świadomego obserwatora. Teraz znów budynki stały się namacalne i prawdziwe, kiedy bez pośpiechu obchodziłam je, szukając wejścia. Do jednego z nich także prowadziły drzwi będące niebieskawą, przydymioną błoną pola siłowego. Tak jak wcześniej żywiołaki, weszłam w to pole, tłumiąc słaby opór stawiany przez logikę i zdrowy rozsądek. Nic się nie stało, przeszłam. Niewiele miałam tam miejsca, większość przestrzeni zajmował imponujący układ złotobrązowych kół zębatych, nieustannie obracających się ze zróżnicowaną szybkością, zależną od ich średnic. Moja teoria o maszynerii ukrytej pod widoczną powłoką tego świata chyba zaczynała nabierać realnych kształtów.
Wycofałam się, nie za bardzo mogąc zrobić cokolwiek innego. Obeszłam ten budynek, potem dwa inne, znalazłam wystającą ze ściany szeroką rurę, skręcającą w dół i znikającą pod ziemią. Postukałam w nią palcem. Nie umiałam zidentyfikować tego materiału, ale nie był to metal ani do końca tworzywo sztuczne. Powierzchnię zdobiły ciągnące się wzdłuż pofałdowane linie. Linie najwyraźniej nie będące runami ani innymi szczególnymi znakami. Miłe urozmaicenie. Niezależnie od pierwotnego przeznaczenia rury, ja wykorzystałam ją, aby wspiąć się na płaski dach tego budynku. Z niego przeskoczyłam na drugi, znajdujący się najbliżej, nieco wyższy. Nie był to idealny punkt obserwacyjny, ale tu nie miałam lepszego.
Wokół rozciągały się łąki i lasy, w paru miejscach były podobne skupiska tych białych sześciennych budynków. Z jednej strony w dali ciągnęła się rzeka, z drugiej droga z kilkoma odgałęzieniami. Coś szybko poruszało się wśród traw, ledwie widoczne z takiej odległości. Może zając, na sarnę było to za małe. Dalej widziałam stado kolorowych, łaciatych zwierząt. Normalnie powiedziałabym, że to krowy, ale przy tym ubarwieniu nie byłam tego taka pewna. Wróciłam do najbliższej okolicy. Jeden żywiołak właśnie wyłonił się z migoczącej, zmiennej tafli drzwi. Pomyślałam, że teraz nie mogę być nawet pewna, ile właściwie przebywało ich tam w środku. Żywiołak przysiadł na trawie, zaraz dołączył do niego gnom, który wyłonił się zza rogu jednego z budynków.
Zeszłam na ziemię tym samym sposobem, jakim dostałam się na górę. Nie dołączyłam do pozostałych, zamiast tego oddaliłam się i skierowałam ku grupie drzew. Usiadłam oparta o pień i spróbowałam medytować. Siła oczekiwań i wyobrażeń znów zwyciężyła i usiadłam ze skrzyżowanymi nogami.
Celowo oddaliłam się od budynków i kryjących się wewnątrz urządzeń. Jeśli miałyby one emitować jakiś rodzaj energii, nie chciałam, żeby od samego początku przeszkadzały mi w wyciszeniu.
Nie wiem, dlaczego działo się tak, że kiedy usiłowałam zachować umysł wolny od myśli, ogarniało mnie otępienie, a walka o zachowanie czujności wybijała mnie z koncentracji. Dobry znak – niezależnie od tego stopniowo traciłam kontakt z samą sobą, ciałem astralnym czy energetycznym i miejscem, w którym to ciało siedziało. W umyśle pojawiały się obrazy. Najpierw łąka wokół mnie, ale inna, odmieniona, przejrzysta tak, że mogłam widzieć ukryte w głębi, zawieszone w próżni magiczne kręgi, wyrysowane białym albo złotym światłem. Czasem widziałam też inne barwy. Środki kręgów wypuszczały linie promieni, którymi docierały od innych kręgów w tej samej płaszczyźnie. Ogniste kule wypuszczały macki, czubki macek poszukiwały odnóg sąsiednich kul, aby stworzyć sieć. Niewidocznymi ale istniejącymi od zawsze ścieżkami przepływały sygnały. 
Wróciłam bliżej powierzchni. Wynurzając się z tej wściekłej gorączki barw i kształtów odzyskałam nieco przytomności umysłu i świadomości własnego istnienia. Potem powędrowałam myślami tuż pod powierzchnią, ku budynkom, mijając ciągnące się w głąb elementy maszyn, potężne przedłużenie tego, co mogłam wcześniej widzieć gołym okiem. Urządzenia odsłaniały kolejne warstwy, jak kolejne pola widzenia w mikroskopie. Utrwalony kształt, punkty połączone na podobieństwo gwiazdozbioru, kręgi, symbole, w końcu rzędy run. Długie ciągi znaków. Wszystko rozpadało się na runy.
Dwa żywiołaki wyszły na zewnątrz, po to, żeby wkrótce znaleźć kolejny pozostawiony przez wilkołaki znak, który wcześniej ich umknął. Ja już teraz wiedziałam, gdzie on jest. Dalej! Idźcie trochę na lewo! Tam leży, w tych wysokich trawach. 
Ostatni żywiołak siłował się w niewielkiej izbie z maszyną. Chciałam wniknąć w niego myślami w tym rozpędzie transu, ale jego nie zdołałam rozbić na czynniki pierwsze tak łatwo. Czułam tylko, że gdzieś u początków jego istnienia też znajdują się te runy, nawet jeśli obecnie był jednym spójnym zbiornikiem życiowej siły. Podobnie jak pozostali, którzy szli już dołączyć do siedzących, niosąc wiecheć zabarwionej na czerwono wyschniętej trawy.
Nie wiem, co później było prawdą, co jedynie moją wyobraźnią, jakie słowa padły i czy przypadkiem nie słyszałam po prostu ich nigdy nie przekutych w słowa myśli. Dudniące głosy żywiołaków, tak bardzo podobne, mogły być w zasadzie jednym i tym samym. Tylko wyższy, lekko piskliwy głos gnoma się wyróżniał.
- Nic więcej?
- Nic.
- To przez tamto, tak? - popiskiwał gnom.
- Wyglądało, że zdechło.
- Może i zdechło. Czasem zdycha samo, bywa.
- Sam sobie poradzi.
- A radzi sobie, radzi. Tuar-Abib silna zaraza.
- A ja wam mówię, pożre nas wszystkich.
- Amen. Jeden umysł i jedna świadomość. Może nawet osiągniemy punkt osobliwości.
Głosy wznoszą się i opadają, tonąc w szumie jak we mgle. I powracają jak nagły impuls.
- Jakby tu dotarł któryś zombie, to mogliby go spróbować zamknąć.
- Sam zamknij, jakżeś taki mądry!
- Hej, ale ona jest człowiekiem, tak? Może wam pomóc, załatwi to od razu…
- Jak ty naprawdę mało wiesz. Oni od dawna nie mogą…
- Dlatego właśnie wszystko wygląda tak jak wygląda.
Kolejny impuls i nie było nic oprócz łąki i płynącej pod nią rzeki energii. Energii odmiennej niż ta, którą nosiły w sobie te istoty i innej niż to, co promieniowało od maszyn. Magiczne kręgi rozpływały się, odsłaniając kolejne warstwy. Drugie, trzecie, piąte dno. Coraz głębiej w przestrzeni i coraz bliżej w czasie. W końcu naprawdę spojrzałam w otchłań. W najgłębszą czerń, która otworzyła się pode mną, odsłaniając najniższe kręgi pustki. Jednocześnie zawisłam unieruchomiona w próżni i spływałam coraz niżej jednym z monstrualnych światłowodów, drżących od skondensowanej mocy. Byłam wszędzie i nigdzie. I wreszcie bez przeszkód mogłam to usłyszeć. Serce ciągle biło. Nieregularnie, tak jak wtedy, kiedy usłyszałam je po raz pierwszy. Tylko teraz brzmiało to zupełnie naturalnie. Wsłuchując się w ten puls, coraz lepiej wyczuwałam zatopioną w mroku potężną obecność. Obecność też w końcu musiała zauważyć mnie.
Gwałtownie wyrwałam się z transu. Wzbijając się świadomością w górę musiałam kilkakrotnie przekroczyć szybkość światła. Znów zwyczajnie siedziałam na łące pod drzewami, teraz tylko oparta rękami o ziemię, wbijając palce w glebę. Powstanie do pionu i utrzymanie się na nogach okazało się zaskakująco trudnym zadaniem. Na miękkich nogach dotarłam do budynków. Któryś z żywiołaków spytał mnie czy coś się stało, wziął pod ramię i poprowadził do pozostałych. Musiałam wyglądać naprawdę źle, bo cała grupa patrzyła na mnie z niepokojem. Nie byłam w tym momencie pewna, czy naprawdę mówili wtedy o mnie i czy nawet jeśli tak, naprawdę miało to jakieś znaczenie. Ostatecznie zdecydowałam, że spiskowcy czy nie, powiem im wszystko. Albo prawie wszystko. I tak cześć surrealistycznych szczegółów już zdążyła wyparować mi z głowy. Powiedziałam o medytacji, wizjach, psychodelicznych kolorach i kształtach, że mogłam ich jakoś zdalnie obserwować. I że coś żywego zaczęło obserwować mnie. Jakoś nikt z tej gromadki nie wydawał się niczym zaskoczony. Któryś z żywiołaków powiedział, że pewnie nieraz już słyszałam, że ten świat jest żywy i teraz miałam okazję sama się przekonać. Uspokoiło mnie to w niewielkim stopniu. Miałam wrażenie, że nawet teraz mogłabym nawet nie usłyszeć, ale wyczuć odległe drżenie tamtego pulsowania.
Powiedziałam im to, co chyba mieli nadzieję usłyszeć – że chyba nie przywykłam do nagłych objawień podczas medytacji i dlatego jestem w szoku. A poza tym wszystko u mnie w porządku.
...potencjalnie każdy z nas może nabrać głębokiego przekonania, że coś ma sens tylko dlatego, że mamy akurat wyższy poziom dopaminy...
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  iSenowe Kroniki Filmowe Slavia 5 262 07-11-2017, 01:22
Ostatni post: wampia

Skocz do:

UA-88656808-1