Kroniki Astralnych Motyli
#21
 Dzień 11


Chyba W KOŃCU szok wywołany pobytem w tym pokręconym świecie zaczął ustępować. Zaczęłam myśleć bardziej logicznie i konstruktywnie, a przynajmniej wczoraj miałam takie wrażenie. Usiadłam z moim zeszytem oraz stosem luźnych kartek w sypialni na górze i spróbowałam uporządkować swoją dotychczasową wiedzę. Zapewne w salonie byłoby mi wygodniej, ale po przeciwnej stronie korytarza, w kuchni musiał wybuchnąć jakiś zbrojny konflikt między przebywająymi tam stworzeniami. Nie wiem, kto tam walczył z kim i o co, ale gniewne okrzyki, brzęk sztućców i trzask rozbijanych naszyń nie sprzyjały skupieniu.
Ostatecznie moja zdobyta w ciągu tych dziwnych ostatnich dni wiedza przedstawiała się następująco:
- piąty wymiar otacza widzialną rzeczywistość i w niektórych miejscach ją przecina, w tych miejscach mogę przejść przez niego automatycznie i bez wysiłku, co nie wyklucza możliwości przebijania się przez wymiary w innych miejscach, co jak dotąd udało mi się tylko raz i to zupełnym przypadkiem.
- na rzeczywistość przypuszczalnie można wpływać za pomocą odpowiednich słów, gestów i znaków, przy czym chyba muszą być do tego spełnione jakieś dodatkowe warunki. Nie wiem, czy chodzi tylko o amulety, które trzeba mieć przy sobie, może do niektórych działań konieczny jest jakiś szczególny stan umysłu, albo poziom rozwoju.
- bo może chodzi właśnie o OTWARTY UMYSŁ, czego warunkiem jest z kolei zachowanie spokoju i opanowanie myśli (powodzenia, Maddigan!).
- ten świat może naprawdę jest jak Matrix, utrzymywany przez maszyny kryjące się pod tą widzialną powłoką. Skoro niektóre urządzenia są widoczne, możliwe, że są dostępne po to, aby umożliwić mi manipulowanie przy nich. Mogłabym w ten sposób sprawować nad tym światem ograniczoną kontrolę, gdybym tylko znalazła instrukcję obsługi tego wszystkiego. Tylko żeby zweryfikować teorię ukrytej gdzieś w głębi wszechobecnej maszynerii, musiałabym albo nauczyć się swobodnie przemieszczać między wymiarami, albo jakoś wyczuwać takie rzeczy. A żeby wyczuwać (a możliwe, że również po to, aby móc w dowolnym momencie przeskoczyć przez wyższe wymiary), zapewne musiałabym OTWORZYĆ UMYSŁ – zatem wracamy do punktu wyjścia.
Spłynął na mnie jakiś rodzaj ulgi, który nie był uczuciem jednoznacznie pozytywnym. Tyle dobrego, że z chaosu nagle wyłonił się spójny cel. Na początku była ciemność aż z ciemności wybiła jedna prosta wiązka światła. Zapewne był to zły rodzaj zadowolenia, taki, jaki człowiek czuje, kiedy ktoś podejmuje za niego trudną decyzję, ale teraz poddałam się temu z chęcią. Zeszłam na dół, porzucając zeszyt na łóżku, nie zastanawiając się, czy to na pewno dobry pomysł i czy później znajdę go w tym samym miejscu.
Przeszłam przez korytarz, mijając kuchnię, gdzie nadal trwały wojny. Pomyślałam przelotnie, że przecież raczej nic nie stoi na przeszkodzie, aby kuchnia na jakiś czas stąd zniknęła, tak jak wcześniej łazienka. I mogłaby wrócić na swoje miejsce już po zakończeniu tych walk.
Wyszłam na łąkę za domem, wybrałam losowe miejsce na trawie i usiadłam. Ze skrzyżowanymi nogami. Nawet nie dlatego, że tak powinna wyglądać medytacja, po prostu tak mi było wygodnie. Zamknęłam oczy i starałam się po prostu wsłuchiwać w ciszę. Biernie. Niczego nie wymuszać. Miałam wrażenie, że z upływem czasu słyszę wyraźniej, bodźce zwykle ignorowane, takie jak szelest liści, nie tyle stały się głośniejsze, co bliższe. Czasami odpływałam. Nie przypominało to uczucia przysypiania, co pewnie dość szybko miałoby miejsce przy próbie medytacji w normalnym świecie. To było bardziej oderwanie się od miejsca, w którym się znajdowałam. Zupełnie jakbym w stanie nieważkości płynęła kilkanaście centymentrów nad trawnikiem. Co jakiś czas otwierałam oczy, aby upewnić się, że dalej siedzę w tym samym miejscu. Oprócz tego wszystkiego czułam też, że jetem zatopiona w tej wypełniający cały świat energii. Nie starałam się podążać za tym uczuciem.
Przerwałam ćwiczenia w momencie, kiedy uznałam, że większego spokoju już nie uzyskam, a prędzej się tym zirytuję. Przeszłam przez łąkę w stronę lasu, bez pośpiechu, nie myśląc właściwie o niczym konkretnym. Rzuciłam okiem na Mechaniczne Grzyby, kiedy je mijałam, po chwili odwróciłam się i cofnęłam. Znów obejrzałam je z bliska, dotknęłam, próbowałam coś wyczuć. Starałam się niczego nie wymuszać i nie wywierać na sobie presji. Zwracałam szczególną uwagę na ruchome elementy. Jako, że spora część tej maszynerii była zrobiona z substancji podobnej do szkła, próbowałam tym emitowanym z rąk światłem oświetlać wnętrze. Efekty wizualne czasami były ciekawe, zaczęłam się tym bawić, przesuwając palcami po kloszach i rurkach. W jakimś stopniu miałam wpływ na natężenie i zasięg tego światła, chociaż najczęściej działało to niedokładnie tak, jak planowałam. W którymś momencie udało mi się, dotykając pionowej rurki tylko czubkiem wskazującego palca, sprawić, że całe światło znajdowało się we wnętrzu rurki, w wypełniającej ją cieczy. Wtedy właśnie stała się dziwna rzecz, która skłoniła mnie do refleksji. Ciecze przepływające w elementach Mechanicznych Grzybów poruszają się z różnymi prędkościami, które mogą nieoczekiwanie się zmieniać. Kiedy ja wysiłkiem woli zdołałam upchnąć punkt światła do wewnętrznego przekroju, nadszedł jeden z tych momentów, kiedy wyglądająca na gęstą ciecz dość szybko popłynęła w dół. Pociągnęła ze sobą świetlistą żółtawą plamkę, która zanim całkiem zniknęła powyżej poziomu gruntu, wyglądała na częściowo rozmytą. Rozcieńczoną. Jestem pewna, że wtedy tak to widziałam.
Cofnęłam rękę, obejrzałam tę rurkę od wszystkich stron, od których było to możliwe, najbardziej w punkcie, gdzie zagłębiała się w ziemię. Potem przyjrzałam się swoim palcom. Oczywiście jak każdy badacz zrobiłby na moim miejscu, spróbowałam to powtórzyć. Nie zdołałam. Zanim to zobaczyłam, wciąż byłam pod wpływem uzyskanego poprzez relaksację spokoju, teraz opuścił mnie on całkowicie. W urządzeniu pod czaszką wrzało. W tym bezładnym kłębowisku myśli tylko jedno spostrzeżenie mogłam, w sposób mało precyzyjny, sformułować. Być może to żółte światło było czymś więcej niż na początku mi się zdawało.
Po kilku próbach zauważyłam, że pod wpływem emocji moja niewielka kontrola nad emisją tej cudownej poświaty praktycznie całkiem zniknęła. W takich warunkach dalsze eksperymenty nie miały sensu. Kręcąc się po łące i próbując wyciągnąć z tego jakiś sensowny wniosek, od czasu do czasu próbowałam wyzwalać to światło. Końce palców jednej czy drugiej ręki albo obu naraz czasami rozjarzały się, dwa razy nawet otaczająca je świetlna otoczka miała prawie trzy centymetry grubości. Głupia zabawa. Astralny odpowiednik bezmyślnego stukania palcami albo zabawy małymi obiektami jakie przypadkowo znajdą się pod ręką. A wnioski nie chciały przyjść, nawet kiedy wracałam już do domu.
Wielkie kuchenne rewolucje zdążyły się już dawno skończyć. Przez otwarte drzwi widziałam brnącego przez brudną kałużę Hissa, który zgubił gdzieś swój kapelusz. Niósł opartą na ramieniu łyżkę wazową, której trzonek był dłuższy niż jego wzrost. Nie wiem, czy oglądałam triumfującego zwycięzcę wojny, czy pokonaną ofiarę, ale wtedy niewiele mnie to obchodziło.
Połączenie zerwałam świadomie i bez większego żalu, zdołałam przed tym dotrzeć do sypialni i jeszcze upewnić się, że zeszyt nie zniknął złośliwie po tym jak go zostawiłam. Był na swoim miejscu także wtedy, kiedy powróciłam tam dzisiaj, ze znacznie mniejszym chaosem w głowie.
Nie próbowałam od samego początku się wyciszyć, znacznie bardziej korciło mnie co innego. Zebrałam rozrzucone notatki i włożyłam między kartki zeszytu, położyłam to wszystko na komodzie z zamiarem uzupełnienia wpisów później. To mogło poczekać. Najpierw postanowiłam metodycznie zbadać kilka rzeczy.
Usiadłam na łóżku, wyciągnęłam przed siebie rękę z otwartą dłonią. Właściwie nie byłam pewna w jaki sposób emitowałam to światło, pierwszy raz zrobiłam to po odruchowo.
(Rysując. Zostawiając ślad.)
Wyciągnęłam drugą rękę, palcem prawej rysowałam po wnętrzu lewej dłoni. Czy to było to samo? Zostawianie śladu, tylko w wodzie? Przesunęłam palcem po ścianie nad łóżkiem. Tu miałam znacznie większą powierzchnię do rysowania. Zrobiłam pojedynczą linię, potem podwójną, dwoma palcami. Mogłam to dowolnie „włączać” i „wyłączać”, wystarczyło po prostu chcieć tego i trochę się skoncentrować na czubkach palców. Nie wymagało to szczególnego wyciszenia, chociaż kiedy tak się bawiłam, siłą rzeczy pewien spokój przychodził sam. Próbowałam świadomie wpływać na natężenie tego światła wokół palców. Kiedy mi się udawało, rysowałam bardziej wyraźne linie i łuki, taki ślad zostawał chyba trochę dłużej. Nie miałam żadnej metody, żeby to ocenić, poza jakże precyzyjną inżynierską miarą „na oko”. Zauważyłam też, że przy odrywaniu palców od ściany za moją ręką ciągnęła się słaba smuga światła, czy może świetlistej mgiełki. Taka „rozcieńczona” jak dym w powietrzu. Miałam jakieś niejasne skojarzenia, przypominało mi to coś, czego oczywiście w tym momencie nie potrafiłam określić. Tylko to irytująco niejasne wrażenie, że to nie powinno mi być obce.
Zaczęłam wykorzystywać całą wewnętrzną powierzchnię dłoni. Powoli zbliżałam ją do ściany i odrywałam. Efekt ciągnących się smug świecącej mgiełki był teraz znacznie wyraźniejszy, nawet przy mniejszej intensywności światła. Kiedy przysunęłam rękę szybciej, wypchnęłam spomiędzy dłoni a ściany ten dziwny „dym”. Widziałam wyraźnie ten efekt, potwierdzenie mojej teorii. To było mniej „statyczne” niż po prostu krąg światła wokół jego źródła. Bardziej jak świecąca substancja, która uwalniała się mojej skóry i stopniowo rozcieńczała w powietrzu. Dopiero nieco większa jej ilość musiała sprawiać, że pozostawała widoczna wtedy, kiedy stawała się już bardziej niezależna ode mnie i podlegała dyfuzji. 
Coraz bardziej mnie to intrygowało. Wciągało w eksperymenty.
Przesuwałam dłonią w powietrzu, jakieś dwa centymetry od ściany. Cały czas uwalniałam z siebie tę świetlistą mgiełkę, jakbym wypuszczała parę spod skóry. Miałam wrażenie, że w tych warunkach naprawdę czuję ciepło ale do pary jak przy wrzeniu brakowało sporo. Nadal nie miałam bladego pojęcia JAK właściwie to robię, po prostu próbowałam na oślep, kierując się uzyskanymi efektami. Kiedy cofałam się na chwilę, zostawiałam na ścianie ślad, plamę światła parującą jak rozlana woda bromowa. Poczekałam aż zniknie całkiem, uniosłam rękę. Przez dłuższą chwilę pozwalałam świetlistej mgiełce gromadzić się wokół dłoni, powoli zbliżając rękę do ściany. Dotknęłam jej, dym rozszedł się wokół dłoni falami, jak kręgi na wodzie. 
Ignorowałam dotąd fakt, iż w tej sytuacji większego skupienia słuch nieco mi się wyostrzył. Większość dźwięków musiałam podświadomie uznać, za zbędny informacyjny szum i nie zwracałam na to uwagi. Dopiero chrupnięcie, które rozległo się wewnątrz ściany nieco mnie otrzeźwiło. Zwłaszcza, że po nim nastąpiła seria kolejnych. Nasłuchując, spróbowałam kontynuować swoje eksperymenty. Tym razem odczekałam nieco dłużej, żeby zgromadzić więcej pary. Nie docisnęłam też ręki całkiem, pozwalając kałuży światła rozlewać się powoli. 
Seria głośnych chrupnięć rozległa się teraz bardzo blisko. Odruchowo odskoczyłam od ściany i było to najsensowniejsze w tej sytuacji posunięcie. Chwilę później w miejscu, którego prawie dotykałam i gdzie zostawiłam dużo rozmytych smug żółtawego światła wśród okruchów drewna wynurzyły się końcówki światłowodów. Grube mniej więcej jak standardowy przewód w ścianach, zakończone ostrym przejrzystym stożkiem. Może i mogłabym uznać to za przypadek, ale gdyby miejsce, które sobie wybrały, było również przypadkowe. Nie dokładnie tam, gdzie ta świetlista substancja jeszcze przez chwilę parowała, zanim całkowicie rozpłynęła się w powietrzu. Trzy końcówki światłowodów wiły się w powietrzu jak odnogi jakiegoś upiornego stworzenia żyjącego w ścianach. Dwie z nich cofnęły się, trzecia wahała się jeszcze przez chwilę. W całej ścianie rozlegały się ciche trzaski.
Chociaż nic nie wskazywało na to, że światłowód wysunie się dalej niż na te kilkanaście centymetrów, zabrałam z komody zeszyt i przyciskając go do klatki piersiowej wycofałam się z pokoju. Niepokój kazał mi iść dalej korytarzem, minąć kolejne pomieszczenia, tę nieszczęsną odnogę, która przecinała Wieżę, wskutek czego została anihilowana, wreszcie doprowadził mnie do drugiego, krótkiego zakrętu w lewo tuż za tym pierwszym. Wślizgnęłam się między ciężkie czerwone kotary, kryjące dwuskrzydłowe drzwi. W Wieży poczułam się zdecydowanie pewniej, nawet, jeśli musiałam przejść kawałek pomiędzy wymiarami. Zacisnęłam zęby i jakoś to przeżyłam.
Drzwi biblioteki były otwarte, za co dzięki niech będą wszystkim nieznanym bogom. Mól Książkowy w swoim wełnianym garniturku i okrągłych okularkach spojrzał na mnie z troską.
- Jakieś kłopoty panienko?
I co ja mogłam w takiej systuacji powiedzieć? Że zaatakowały mnie kable? Gdzieś na horyzoncie zamajaczył mi szpital psychiatryczny.
Przeszłam na podest przed drzwiami biblioteki.
- Tak sobie myślę, że może miałeś rację – powiedziałam – Czasami warto przeczytać cholerną instrukcję.
Kiedy Mól cofnął się w głąb biblioteki, weszłam do środka. Spróbowałam oświetlać sobie drogę w półmroku wzniesioną na wysokość ramion ręką.
(idź, idź dalej, nie oglądaj się, nie patrz na mnie)
W drugiej trzymałam zeszyt i upchnięte weń luźne kartki. Czułam się trochę tak, jakbym nagle odkryła w sobie jakąś nadprzyrodzoną moc i jednocześnie nie byłam w stanie ocenić, w jakim stopniu miałam z tym rację. 
I co ja właściwie zrobiłam? Wywarłam jakiś wpływ na dom, tak jak driady na drzewa? Wyobrażałam to sobie zupełnie inaczej. Nie wypowiedziałam żadnych szczególnych słów, nie wykonałam żadnego gestu. Rysowałam na ścianie przypadkowe smugi, nawet mimowolnie nie utworzyłam żadnego regularnego wzoru. Prędzej mogłam uwierzyć, że ta świetlista mgiełka, dziwna substancja emitowana przez moje astralne czy inne duchowe ciało bezpośrednio przyciągnęła pełznące w ścianie światłowody.
Opuściłam rękę i zacisnęłam palce, rozpraszając smugi światła. To mogło być równie dobrze wyczuwalne także teraz.
- Czegoś konretnego potrzebujesz? - spytał Mól, zatrzymując się kilka kroków przede mną. Pokazałam mu zeszyt.
- Miejsca, gdzie mogłabym usiąść. I trochę spokoju. Muszę uporządkować parę rzeczy.
...potencjalnie każdy z nas może nabrać głębokiego przekonania, że coś ma sens tylko dlatego, że mamy akurat wyższy poziom dopaminy...
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#22
 Dzień 12


Dziury w ścianie nad łóżkiem zniknęły. Gdyby nie to, że tutaj takie rzeczy się zdarzały, musiałabym zacząć zastanawiać się nad kondycją swojego umysłu. Albo, jeśli uparcie postanowiłabym bronić swoich zdrowych zmysłów, uznałabym, że ktoś próbuje mnie wrobić.
W bibliotece znalazłam trochę książek dotyczących psychotroniki. Z tego, co zdążyłam zauważyć, o seansach spirytystycznych tam było, co do poltergeistów nie jestem jeszcze pewna. Pomyślałam, że tutaj złośliwy duch miałby znacznie większe możliwości niż banalne ciskanie szklankami po kuchni. Zresztą do rzucania szklankami znalazłaby się cała kolejka chętnych. Przez chwilę nawet zaczęłam nasłuchiwać odgłosów z dołu, czy przypadkiem stworzenia w kuchni nie rozpętały kolejnej wojny. Nic. Tym razem panowała błoga cisza.
Usiadłam ze skrzyżowanymi nogami, wzięłam pierwszą książkę z brzegu. Może wygodniej byłoby mi usiąść przy biurku albo stole, ale tu też nie było źle. Zaczęłam czytać. Spodziewałam się, że literatura dotycząca seansów spirytystycznych i pokrewnych zjawisk może być dwojakiego rodzaju. W jednych książkach historie opisane są w sposób sugerujący, że wszystkie te paranormalne zjawiska należy traktować poważnie, inne wprost przedstawiają to czy inne medium jako oszusta żerującego na naiwności ludzkiej, czasem podając jeszcze wyjaśnienia stosowanych przez niego sztuczek. Tutaj miałam akurat do czynienia z tym pierwszym przypadkiem. Zanurzyłam się w opowieściach o przekazach z zaświatów, lewitujących stołach, duchach tak namacalnych, że można było obciąć im pukiel włosów i pozostających na pamiątkę spotkania woskowych odlewach dłoni. Przez to wszystko obficie przelewały się jeszcze hektolitry ektoplazmy.
Skojarzenie było oczywiste. Czy właśnie tym była ta dziwna substancja? Uniosłam rękę i spróbowałam tego trochę wygenerować. Inne nastawienie już teraz wpływało na efekt. Świecić zaczęła cała dłoń, nawet bardziej jej środek niż palce a po chwili znad skóry uniosła się zabarwiona mgiełka. Jakiś czas temu prędzej wyobraziłabym sobie ektoplazmę jako gęstą ciecz niż gaz, ale teraz musiałam na wszystkie zasłyszane gdzieś teorie nałożyć poprawki. Może to zresztą była kwestia odpowiedniego zagęszczenia… Może gdybym bardziej się postarała, uzyskałabym ciecz.
Pozwoliłam żeby mgiełka domniemanej ektoplazmy rozpłynęła się w powietrzu i czytałam dalej. Koncentrowałam się teraz na opisach ektoplazmy podczas seansów. Poprawki poprawkami, ale chciałam mieć jakiś punkt zaczepienia, co powinnam doświadczalnie zbadać. Jak dotąd mogłam potwierdzić, że ta substancja dość szybko się ulatniała, kiedy przestawałam się starać ją uwalniać – chociaż to znowu mogło być tylko kwestią zbyt małej ilości. No i świeciła. Nawet jeśli nie na biało ani jadowicie zielono.
Postanowiłam zrobić sobie przerwę, wstałam. Kilka razy już w tym pokoju bywałam – wystarczająco, żeby pewien nawyk wyrobić. Dlatego w stronę drzwi ruszyłam już raczej machinalnie. I zatrzymałam się po pierwszych trzech krokach. Tak, właśnie tak. Drzwi nie było. W ich miejscu była lita ściana, tak jak pozostałe w tej sypialni pokryta wytłaczaną tapetą koloru jasno szafirowego ze srebrnymi wstawkami. Z pełną świadomością, że sensu to nie ma, postukałam w ścianę i nacisnęłam ręką. Ciągłość zresztą zachowana, czego innego mogłam się spodziewać… Teoretycznie jako ciało astralne powinnam przechodzić przez ściany, ale jakoś nic nie wskazywało, że mam taką możliwość. Gdzieś obiła mi się o uszy anegdotka o badaczu, który próbował tej sztuki, aby sprawdzić teorię, iż sporą przestrzeń w atomach zajmuje pustka.
Jak to mówią – jak nie drzwiami to oknem. Wyszłam zatem przez okno. Z pierwszego piętra, które chwilowo tym pierwszym piętrem raczej nie było. Ześlizgnęłam się z parapetu i stanęłam na grząskim gruncie mokradła, zapadając się po kostki.
Otaczały mnie zbutwiałe czarne pnie i trzymające jeszcze pion drzewa, równie martwe jak te dawno zwalone i tonące w zielonkawej wodzie. Wszystko zresztą miało tu niezdrowy zielonkawy kolor, łącznie z niebem, jak się przekonałam, kiedy spojrzałam w górę. Odwróciłam się. Czułam za sobą drewno, które brałam po prostu za drewnianą zewnętrzną ścianę domu, bez znaczenia na którym piętrze. Jednak tu kolejna niespodzianka, domu nie było. Tylko niewiarygodnie gruby pień drzewa a raczej jego pierwsze trzy metry ścięte dość równo powyżej dużej owalnej dziupli.
No pięknie, Maddigan. Po prostu cudownie.
Po chwili namysłu ruszyłam w swoja prawą stronę. Tylko dlatego, że wydawało mi się, że w ten właśnie sposób musiałabym obejść dom, aby znaleźć się przy frontowych drzwiach. Z braku lepszego i ten głupi pomysł wydał mi się dobry. 
Nie mając wyboru, musiałam wejść w tę wodę. Wcześniej znajdowałam się na nieco wzniesionej wysepce, tutaj średnia głębokość sięgała mi pod kolana a stopy po każdym kroku zapadały się w muł. W niektórych miejscach teren nieco się podnosił, w innych stosy poczerniałego, rozkładającego się drewna niemal wynurzały się nad powierzchnię. Małe to było ułatwienie, o te leżące pod wodą kłody łatwo dało się potknąć. Złapałam jakiś mniej więcej prosty kij, nieprzyjemnie śliski w dotyku i pokryty zielonym osadem glonów, żeby sprawdzać nim dno przed sobą. W sposób naturalny szłam mniej więcej tam, gdzie było najbardziej równo i najwygodniej, brodząc w wodzie przynajmniej do pół łydki. 
Połamane konary i pnie, z których zwieszały się prawie zwarte zasłony nitkowatych glonów zdawały się tworzyć ściany korytarza, którym podążałam.
Szłam korytarzem? Do licha, po to właśnie znalazłam się na jakimś odludziu w środku bagna bez oznak życia w promieniu paru kilometrów, żeby iść wytyczonym korytarzem?!
Zaczęłam szukać jakiejś wyrwy w tym naturalnym murze. I nic nie wskazywało na to, że szybko ją znajdę, o ile korytarz sam nie postanowi skręcić albo się rozwidlić. Po prawej stronie było kilka wysepek, na jedną z nich na chwilę tak dla zasady wyszłam. Spróbowałam przejść z niej na niski odcinek wału z pni, gałęzi, kamieni i innego naturalnego śmiecia. Z trudem utrzymałam równowagę, w końcu śliskie to było jak diabli, ale satysfakcję uzyskałam. Na satysfakcji się skończyło, bo i tak musiałam zeskoczyć na dół, żeby iść dalej. Przynajmniej wrednie rozpryskałam dookoła tę ciemną brudną wodę.
Wokół mnie rozeszły się kręgi, które nieoczekiwanie przecięły się z kręgami mającymi źródło kilka metrów przede mną. W centrum tego źródła pojawiły się bańki, następnie spod wody wynurzył się stwór o zgniłozielonej, błyszczącej jak u płaza skórze. Miał całe czarne skośne oczy jak stereotypowy kosmita i spiczaste uszy jak każdy gnom czy inny chochlik. Czubkiem głowy sięgał mi może do połowy uda jak stanął wyprostowany i był przeraźliwie chudy.
- Raczej nie wydaje mi się, żebyś był poltergeistem – stwierdziłam. Stwór wydął usta i rozłożył ręce. Miał w dłoniach po cztery palce, długie, chude i ostro zakończone.
- Dlaczego miałbym być? - spytał.
- Nieważne. Powiedz mi, gdzie jesteśmy.
- To nadal twój teren, jeśli o to pytasz – wyjaśnił stwór. Podeszłam bliżej, zmniejszając dystans, stwór również ruszył przed siebie. Nie uciekał, szedł normalnie, nie wyglądało na to, żeby się mnie bał.
- Czyli da się stąd wrócić do domu? - spytałam. Stwór musiał w tym momencie stanąć w jakimś zagłębieniu, bo nagle zapadł się prawie cały pod wodę. Kiedy znów znalazł się na równiejszym gruncie, odwrócił się do mnie, przekrzywiając głowę.
- Pytasz się? - zdziwił się – A co właśnie robisz?
Patrząc na niego pomyślałam, że taka istota nie mogłaby w żadnej sytuacji mieć autorytetu. Stworzenie było wręcz przeciwieństwem każdego wyobrażenia autorytetu. Dlatego właśnie uznałam, że chyba mogę mu zaufać. Siłą wyrywając stopy z mułu przyspieszyłam, zmniejszając dystans jeszcze bardziej. Położyłam rękę na ramieniu stwora, zmuszając go, żeby na chwilę się zatrzymał.
- Powiedz mi – odruchowo zniżyłam głos – To możliwe, żeby dom próbował mnie zaatakować?
Nie miałam na myśli tylko tej obecnej sytuacji i przyczyn, dla których się w niej znalazłam. Pytanie było efektem nieco dłuższych rozważań. I znów zdołałam nim zaskoczyć tę chudą śliską istotę.
- Dlaczego miałby to robić? - odpowiedział stwór pytaniem na pytanie – Jesteś pewna, że cię atakował?
Nie, nie byłam pewna i pewna być nie mogłam. Właściwie tu nie mogłam być pewna niczego, co widziałam. I może właśnie od tego powinnam wyjść.
- Może jest odwrotnie – zasugerował stwór. 
Owszem, wszystko jest na odwrót. Dosłownie stoi na głowie.
- Może to ty się chaotycznie miotasz – ciągnął – Świadomie chcesz zrozumieć to wszystko i przez to podświadomie stawiasz opór a jednocześnie jakaś część ciebie, tam w głębi, będzie podążać za przeczuciem i stale się uczyć.
- A dom?
- Reaguje na ciebie. Na energię, myśli, emocje…
W którymś momencie podjął marsz. Znów za nim szłam, pozwalając mu wybierać drogę. Z tym że ja szłam bardziej po prostej, on skręcał, lawirował meandrami, wdrapywał się na wały z pni i kamieni albo na krótką chwilę przystawał na wystających ponad wodę wzniesieniach. Idąc rozgarnialiśmy warstwę rzęsy i glonów na wodzie, tak, że mogłam przez chwilę zaglądać pod powierzchnię. Czasami dostrzegałam umykające przede mną ciemne wydłużone kształty. Astralne pijawki?
- Mogę wpływać na dom? - spytałam i prawie od razu swoje pytanie uściśliłam – To znaczy ŚWIADOMIE wpływać.
- Nie widzę przeszkód – odrzekło stworzenie – Trochę wysiłku i się nauczysz. Po prostu go poznawaj. Równocześnie poznawaj dom i siebie. Swój umysł i jego możliwości tutaj.
Pechowo stanęłam w jakimś bardziej grząskim miejscu i noga zapadła mi się w muł kolejne kilkanaście centymetrów. Uwolnienie jej wymagało pewnego wysiłku, potem musiałam przyspieszyć, żeby dotrzymać stworowi tempa. Spodnie miałam już mokre do połowy ud.
Zaczęłam pytać, czy chodzi mu między innymi o otwieranie umysłu poprzez spokój, ale urwałam. Zauważyłam w otoczeniu pewną zmianę. Woda w niektórych miejscach stawała się chłodniejsza, czułam też słaby prąd. Płynęła, w kierunku przeciwnym do naszego marszu. Była też mniej mętna, zielony kożuch na powierzchni nie był już zwartą całością. Widziałam przepływające przy dnie stworzenia podobne do węży, małe rybki i coś podobnego do beznogich brunatnych ropuch z wyposażonym w błonę ogonem. Kijanki, które dorosły, nie przechodząc metamorfozy. Poza tymi przejawami życia, coraz częściej widziałam coś, co przypominało wyrzucone szmaty. Mokre i brudne elementy garderoby unosiły się wśród smug glonów. Chuda istota w pewnym momencie potknęła się albo zapadła głębiej, zanurzając się całkowicie w brudnej wodzie. Kiedy znów wynurzyła się nad powierzchnię, na głowie miała coś, w czym rozpoznałam bardzo zniszczone kalesony.
Na wszystkich astralnych bogów, zdejmij to z siebie, pomyślałam. Stwór był mizerny, respektu nie mógłby wzbudzać w żadnych okolicznościach, nie musiał jeszcze narażać się na śmieszność. Teraz idąc tak przyozdobiony, jak gdyby w ogóle tego nie zauważył, wydawał się pokraczny, jakby stracił nagle całą swą gibkość i zwinność, dające mu prawo do traktowania go z jakąś powagą. I poza śmiechem widok tej małej biedy budził jakiś smutek i żal we mnie, tak, że w końcu sama pozbawiłam go tej korony błaznów. Dopiero wtedy mogłam zadać do końca swoje pytanie.
- Wyciszenie zawsze pomoże – stwierdziło stworzenie – Jak przestanie cię rozrywać we wszystkich kierunkach jednocześnie, będziesz wiedziała co robić. I jak. No i zapewne przestanie ci się wydawać, że dom działa przeciw tobie.
Odwrócił się i wyszczerzył zęby w uśmiechu. Miał w pyszczku całe mnóstwo drobnych ostrych ząbków. Starał się patrzeć na mnie, ciągle idąc. Teraz mogliśmy zwolnić, docieraliśmy do kolejnego wzniesienia, znacznie większego, porośniętego drzewami i trawą. Przede wszystkim znajdował się tu sypiący się mur z jasnych kamiennych łupków, z którego wyłaniał się wylot szerokiej rury. Wydobywał się z niej ciągły strumień wody, wyraźnie bardziej czystej niż ta wokół, która rozcieńczała bagienny brud. Tylko czasem razem z wodą z ciemnego otworu wypływała piana albo kolejne elementy odzienia. Kiedy stwór podchodził do wylotu, minął po drodze kilka niesparowanych skarpetek.
- Możesz tędy wrócić, ta droga jest równie dobra jak inne – wyjaśnił – I dobrze by było, jakbyś przemyślała, to co powiedziałem.
Przytaknęłam, bo chyba nic innego w tym momencie nie mogłam zrobić. Zanim jednak opadłam na kolana i zagłębiłam się w mroczny tunel, położyłam stworowi rękę na ramieniu, zmuszając, żeby na mnie spojrzał.
- Zanim pójdę, powiedz mi jeszcze jedno – poprosiłam – Czy ktoś tutaj może próbować mnie wrobić?
Stworek otworzył szeroko swoje czarne oczy. Teraz wyczuwałam wyraźnie, że jego zdziwienie jest autentyczne.
- Dlaczego jesteś taka podejrzliwa? - prychnął – Jeśli potrzebujesz zapewnienia, mogę ci to powiedzieć. W domu wszyscy życzą ci dobrze. Chcesz oświadczenia na piśmie?
- Przepraszam – właściwie nie wiedziałam, czy już powinnam przepraszać, ale zrobiłam to na wszelki wypadek – Tutaj czasami trudno zachować spokój i zdrowe zmysły.
- To w końcu przestań oczekiwać ataku i zacznij ufać. Dopiero tak otworzysz się na ten świat.
Wpełzłam na kolanach do wnętrza rury. Może nie było tu wystarczająco dużo miejsca, żebym szła wyprostowana, ale tak mogłam poruszać się dość swobodnie. Poziom płynącej w przeciwnym kierunku wody był wystarczający, żebym położyła się na powierzchni i przeciągała się rękami po dnie. I tak byłam już praktycznie cała mokra, więc nie robiło mi to różnicy. Zresztą dlaczego w ogóle miałoby to być problemem?
Wokół mnie panowała praktycznie całkowita ciemność. Kilka razy próbowałam wyemitować tę ektoplazmę, czy czymkolwiek była świecąca żołta mgiełka, ale nie byłam w stanie na zbyt długi czas oderwać ręki od dna, od razu prąd zaczynał mnie znosić. Smugi światła rozmywały się w wodzie, co byłoby pomocne, gdyby płynęła w przeciwnym kierunku. W którymś momencie wyczułam wokół zmianę. Początkowo była subtelna, właściwie niezauważalna, potem musiałam stwierdzić, że woda chyba przestała być wodą. A powietrze nad nią również raczej nie było powietrzem. Grawitacja gdzieś zniknęła, zastąpiona przez siłę odśrodkową, a jedyną prawie pewną rzeczą pozostał ciągły wirowy ruch wokół osi rury. Gdy w ciemności moje zmysły się wyostrzyły, bez szczególnego wysiłku wyczułam pole siłowe, również częściowo na ów ruch podatne, na przemian zagęszczające się, uniemożliwiając mi jakikolwiek ruch i ustępujące. W którymś momencie mogło już tylko ustępować, a wtedy wirowanie ustało. Ciśnienie zaczęło spadać, podobnie jak poziom wody. I w końcu ujrzałam światło na końcu tunelu.
Najpierw jeden jasny punkt, potem szczelinę, potem coraz bardziej powiększający się otwór, w miarę jak ktoś z drugiej strony stopniowo usuwał to, co blokowało okrągły wylot. Przeczołgałam się w tamtą stronę i wypadłam z pralki na podłogę.
- Ech, panienko! - Dudu jęknął i pokręcił głową, ciągnąc po podłodze prawie większą od siebie miednicę z praniem – Jak chciałaś uprać swoje rzeczy, mogłaś je wcześniej z siebie zdjąć. Takie to pokolenie, najprostszej rzeczy dobrze nie zrobi!
Wstałam i uśmiechnęłam się czarująco.
- Powiedzmy, że miałam, nazwijmy to, drobne problemy natury technicznej.
Otrzepałam się jak pies po kąpieli. Woda zaczęła spływać ze mnie na podłogę. W kilka chwil byłam już całkiem sucha. Nieźle.
Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Wyblakłe jasnobrązowe kafelki, chropowate, źle otynkowane i pomalowane ściany, małe okna pod niskim sufitem. Do drzwi prowadziło kilka krzywych stopni. Pod jedną ścianą stały trzy duże pralki, po przeciwnej stronie półki i kosze zawalone stertami ubrań i ręczników. Zostawiłam Dudu przy pracy i wyszłam do nieco większego, a przynajmniej dłuższego pomieszczenia, wyglądającego jak magazyn na przypadkowe obiekty. Po ścianach i suficie światłowody rozrosły się jak korzenie jakiejś dziwacznej rośliny. To pomieszczenie już rozpoznawałam a przynajmniej potrafiłam zlokalizować. Z dwóch par drzwi te po mojej prawej prowadziły bezpośrednio do Wieży.
Tak, to chyba jasne, że drzwi do sypialni znów były na swoim miejscu, kiedy weszłam na górę. Książki i mój notatnik też leżały na łóżku, tam, gdzie je zostawiłam. Wszystko wydawało się tak uroczo, wręcz nieprzyzwoicie normalne.
Na szafce nocnej czekała na mnie Kiri. 
- Będziesz to czytać? - spytała – Zamierzasz zostać medium?
- Może już się nim staję – odpowiedziałam – Zamierzam po prostu sprawdzić parę rzeczy. Doświadczalnie. Zbadać możliwości. A potem się zobaczy.
- Teraz też je badałaś?
- Teraz błądziałam w mrokach swojego umysłu. I tak, mogę powiedzieć, że to też było badaniem.
W głosie miałam znacznie więcej pewności siebie niż rzeczywiście czułam.
...potencjalnie każdy z nas może nabrać głębokiego przekonania, że coś ma sens tylko dlatego, że mamy akurat wyższy poziom dopaminy...
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#23

Nie moje, ale tak jakoś mi tu pasuje :D
...potencjalnie każdy z nas może nabrać głębokiego przekonania, że coś ma sens tylko dlatego, że mamy akurat wyższy poziom dopaminy...
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#24
 Dzień 13


Zebrałam w sobie całą zdolność racjonalnego myślenia, jaka mi jeszcze pozostała i zaplanowałam kontrolowany eksperyment. Zamierzałam sprawdzić niektóre teorie dotyczące ektoplazmy. Pierwsze, co wydawało mi się dość łatwe do zweryfikowania, to założenie, iż wydzielanie ektoplazmy powoduje spadek masy ciała. Wytwarzanie tej substancji miałoby zachodzić kosztem materii ciała. W tym przypadku raczej ciała astralnego, przez co ryzyko nagle wydało mi się znacznie większe, a przynajmniej bardziej namacalne. Media opisywane w książkach najczęściej wchłaniały z powrotem wytworzoną ektoplazmę, a przynajmniej większą jej część, ja jak dotąd beztrosko pozwalałam jej się ulatniać. Na razie nie czułam jeszcze, żeby coś mi ubyło, ale to był dopiero początek, a zapewne ja także jeszcze nie dałam z siebie wszystkiego. Mogłam chyba bezpiecznie uznać, że na razie, jeśli jakieś zmiany nastąpiły, były one pomijalne. Ze względu na tutejszą grawitację mogłam również założyć, że waga pokazałaby coś innego niż w fizycznym świecie. Plan miałam taki, żeby zważyć się teraz a potem co jakiś czas w miarę badania swoich możliwości emitowania domniemanej ektoplazmy.
Pierwszy krok wydawał mi się trywialny. Znaleźć jakąś wagę. Przecież nic w tym trudnego. Zdanie zmieniłam po zajrzeniu w najbardziej prawdopodobne i sensowne miejsca. Łazienka na parterze, potem ta na piętrze, sypialnia… Przez moment pomyślałam o drugim piętrze, na którym również mogła znajdować się łazienka, o której jeszcze nie wiedziałam, ale szybko tę myśl przepędziłam. Jakoś na razie nie spieszyło mi się do poznania kolejnych poziomów, gdzie zawsze istniało ryzyko wpadnięcia w dziurę w podłodze i wylądowania na drugim końcu galaktyki. Nie znalazłszy nic, zeszłam na dół, do pralni, po drodze przejrzałam jeszcze z grubsza prowadzące do niej pomieszczenie. W pewnym momencie, kiedy przez dłuższą chwilę stałam w miejscu, pełznące po podłodze światłowody ruszyły w moją stronę i zaczęły się wić wokół moich kostek. Patrzyłam na to z lekkim niepokojem ale starałam się nie wpaść w panikę. Nie wyglądało to jakby dom zamierzał mnie zaatakować, bardziej jakby po prostu był mnie ciekawy.
Rozglądając się po pralni, zaczęłam się cicho śmiać. Problem naprawdę leżał we mnie, to ja uparcie wyczekiwałam z każdej strony zagrożenia. Całe życie lgnąc do wszystkiego, co dziwaczne i osobliwe, nie spodziewałam się, że w zetknięciu ze zbyt osobliwym nagle mój umysł tak mnie zdradzi i, posłuszny schematom, nagle zacznie wymykać się chyłkiem, rozpaczliwie krzycząc o niebezpieczeństwie.

[…]
schemacie
jak ty nie lubisz tych co ci wymykają
tych co ich nie możesz
[…]

~ Edward Stachura „Kropka nad ypsylonem”

Chwilowo zrezygnowałam z poszukiwań. Ruszyłam do kuchni, dochodząc do wniosków przynajmniej częściowo słusznych, że tam miałam największą szansę znaleźć kogoś, kto mógłby mi pomóc. A dokładniej – miałabym szansę. Gdyby w kuchni nie rozpętała się kolejna wojna.
Tym razem spór toczył się o wyższość omletu nad jajecznicą. Tudzież odwrotnie, zależnie od strony sporu. Na podłodze, blatach i w otwartych szafkach tłoczyły się grupy najróżniejszych stworzeń, podobnych do ropuch i podobnych do pająków, śliskich i kudłatych, z jednym okiem lub wieloma, z jedną lub dwoma parami rąk, z szczątkowymi skrzydłami albo ogonami. 
- Precz z garkotłukami od spalonej skorupy! - zawołali jedni. I sięgnęli do szafek, dłonie, macki i szpony wyciągnęły się ku widelcom, nożom, łyżkom i tłuczkom.
- Wynocha stąd, zjadacze bezkształtnej maziai! - odkrzyknęli im inni. I inne dłonie, macki i szpony zaczęły szukać sztućców. Potem nastąpił brzęk, gdy stal skrzyżowała się z stalą. Zakotłowało się na podłodze. Kilka stworzeń, które rozsądnie zostały na blatach, czy w innych strategicznych punktach, zaczęło rzucać w kłębowisko na dole dowolną amunicją, jaka wpadła im w ręce. Jakby zależało im na symbolice, powinny używać w tym celu jajek, ale obie lodówki znajdowały się akurat w najdalszym kącie. Tak więc względy praktyczne, jak zawsze, wzięły górę nad ideą i w powietrze poszybowało wszystko, co miało mniej więcej odpowiedni rozmiar.
Nawet nie próbowałam szukać Hissa w tym chaosie, miałam zresztą wrażenie, że nie było go tu jeszcze zanim padły bojowe okrzyki. Przeszłam na drugą stronę korytarza, do salonu, zabierając tylko ze stołu szklankę i karton soku jabłkowego. Fabrycznie zamknięty, co było kwestią kluczową. Tutaj to był chyba jedyny sposób, jeżeli chciałam mieć jakąś gwarancję jakości.
Z ciekawości przyjrzałam się owocom na drzewie w środku salonu. Wyglądały trochę bardziej zachęcająco, ale nadal byłam prawie pewna, że są niedojrzałe. Może musiałam je w tym celu „aktywować”, tyle, że nadal nie wiedziałam, w jaki sposób robiły to driady. Na wszelki wypadek obejrzałam z bliska pień z każdej strony. Nie znalazłam run ani innych znaków, nie spodziewałam się zresztą, że nagle coś tu się pojawi. Oparłam dłoń o pień i spróbowałam się wczuć w towarzyszące temu wrażenia. Teraz nieco trudniej było mi uzyskać odpowiedni spokój, kiedy z tyłu głowy jak irytująca drzazga tkwiła myśl, że powinnam dalej szukać tej nieszczęsnej wagi.
Na nieznanych astralnych bogów, czy nawet w innym wymiarze musiały mnie nękać takie błahe problemy?! Chyba nie po to uciekałam tu każdej nocy od jakichś dwóch tygodni.
Odruchowo musiałam się spiąć, czy w jakiś inny sposób wykonać odpowiedni mentalny wysiłek, bo poczułam jak z mojej ręki coś przepływa do drzewa, jak prąd do uziemienia. Ta domniemana ektoplazma, zabarwiona mgiełka? Nawet gdybym to przewidziała i uważnie patrzyła na swoją spoczywającą na korze dłoń, pewnie nic bym nie zobaczyła. W końcu nie da się zobaczyć prądu płynącego w przewodach. Chyba, że w obwodzie będzie mała przerwa. Cofnęłam rękę. Tyle, żeby około centymetra dzieliło mnie od kory. Poczułam, jakbym oprócz dotyku stosunkowo gładkiego pnia nagle przestała odczuwać mnóstwo innych, nieokreślonych i znacznie bardziej subtelnych wrażeń. Zrobiłam to samo, teraz już celowo. Przepływ był teraz nieco słabszy, ale zobaczyłam przez chwilę żółtawe światło. Dla lepszego efektu brakowało tylko trzasku. Powtórzyłam to kilka razy, stopniowo zwiększając odległość. I dalej trzymałam rękę, tym bardziej skupiałam wolę, jakoś tak przekonana, że naprawdę stanowi to coraz większe utrudnienie. Nie miałam pojęcia, od którego momentu Mól Książkowy zaczął mnie obserwować, stojąc za barierką na krawędzi otwartego sufitu, dopóki nie odchrząknął i nie spytał, co ja właściwie wyprawiam. Kiedy opanowałam zaskoczenie, z czarującym uśmiechem oznajmiłam, iż „badam wytrzymałość powietrza przy napięciu stałym”. 
- No, jak tylko sobie ćwiczysz, to ćwicz dalej – zamruczał Mól – Ale tak poza tym przekazywanie energii do obiektu, który i tak ma wyższy poziom zwyczajnie mija się z celem.
Opuściłam ręce i spojrzałam na niego zaciekawiona.
- Energii? - spytałam głupio. Jakby to nie było dla mnie od początku oczywiste… Było może zbyt oczywiste, żeby o tym pomyśleć. Zatem nie ma w tym ektoplazmy? Chociaż domieszki?
Mól skomentował to krótko.
- Zdecydowanie za dużo „Fałszywych Teorii Okultystycznych”.
No i zapewne tu miał rację.
- Czyli moje ciało astralne się nie zużywa? - spytałam, zapewne jeszcze bardziej głupio. Sama miałam wrażenie, że niejako na przekór własnym intencjom pytanie nie było zadane całkiem poważnie. Mól znów zaprzeczył, mimo wszystko powagę zachowując. Aż jakiś podziw poczułam wobec tej jego cierpliwości.
- Tylko jak zużyjesz wszystko, trochę będziesz musiała poczekać. Z próżnego to Salomon nie naleje nawet tutaj. No, może trochę się zmęczysz, ale raczej nie spodziewałbym się, że dasz radę wyzwolić aż tyle energii przy swoim obecnym doświadczeniu… może powinienem powiedzieć przy braku doświadczenia. Z drugiej strony maksymalny poziom energii masz raczej niski, więc jakbyś bardzo się postarała, może zdołasz to wyczerpać.
No i zapewne nie miałam co liczyć na taki pasek many jak w grach, żeby wiedzieć ile mi zostało. Byłam pewna, jaką dostałabym odpowiedź, gdybym spytała. Że jak nabiorę wprawy, nauczę się to WYCZUWAĆ. Tak na 88 procent pewna.
Jakoś dziwnie się czułam na myśl, że miałabym dalej tak się bawić, będąc obserwowana przez Mola. Usiadłam przy stole w salonie, otworzyłam w końcu ten sok. Siedziałam tyłem do miejsca, gdzie stał Mól, uznałam, że nawet z wysokości pierwszego piętra mógł widzieć tylko moje plecy i czubek głowy. Przyłożyłam dwa palce do boku wypełnionej w połowie szklanki. Spróbowałam zrobić tak jak wtedy z tą szklaną rurką za domem, żeby niewielki obłoczek energii znalazł się we wnętrzu szklanki, najlepiej jeszcze w soku. Po kilku próbach uznałam, że do takich eksperymentów bardziej nadawałaby się czysta woda. Kiedy koncentrowałam się bardziej, starając się, aby efekt był lepiej widoczny i jednoznaczny, część energii gromadziła się na zewnątrz szklanki. Podobna do pary rozchodziła się i spływała po szkle wokół moich palców.
Szkło mogło przepuszczać tę energię z ograniczona wydajnością?
- Poszukasz teraz jakiegoś podręcznika do fizyki, poczytasz i wyprowadzisz wzór na określenie tej wydajności?- spytał głos w mojej głowie.
- Za dużo niewiadomych – odrzekłam krótko. W sumie to było najlepsze ogólne podsumowanie mojej sytuacji.
- Ale przynajmniej starasz się znaleźć odpowiedzi.
- I sama widzisz, jak mi idzie – powiedziałam ponuro.
- To chyba normalne u początkujących – zauważyła Kiri i w końcu się zmaterializowała. Na stole przede mną i moją szklanką.
- Chcę po prostu czuć, że to, co robię, ma sens i do czegoś prowadzi – odpowiedziałam.
- To po prostu to poczuj i tym się kieruj – rada żywcem wyjęta z poradników coachingowych, wypisz wymaluj, kopiuj-wklej – Co mówi twoja intuicja?
Intuicja. Chyba wzięła sobie urlop a przynajmniej zdrowo się upiła. To by wyjaśniało, że nadrabiając drogi wiodła mnie zakrętami w kolejne ślepe uliczki.
- To się zastanów – podsunęła Kiri – Rozejrzyj po domu jeszcze kilka razy. Może znajdziesz jakieś wskazówki. Albo od razu odpowiedzi. Czasem wystarczy jakiś nagły impuls i wszystko się rozjaśnia.
Nagły impuls. Zdać się na przypadek. Spojrzałam na szklankę z sokiem. Z powodu takiego właśnie impulsu w tej chwili byłam tutaj. W tym szaleństwie mogła być metoda. Złapałam szklankę i wypiłam sok.
Jak zauważyłam wcześniej już z zewnątrz, drugie piętro podzielone było na dwie części nie mające ze sobą połączenia. Nad jedną z tych części znajdował się kolejny poziom i przynajmniej do jednej z tych części jedyna droga prowadziła przez Wieżę.
Na początek rozejrzałam się po najniższym poziomie Wieży. Jeśli miałam jakiekolwiek przeczucia, to dotyczyły one właśnie tego miejsca. Zaglądałam do kartonów i skrzynek, potem także do niżej umieszczonych szafek, tam, gdzie mogłam sięgnąć z wysokości podłogi. Znajdowałam głównie małe urządzenia albo elementy większych, mosiężne rurki, kable, przedłużacze. Bardziej intrygujące drobiazgi przenosiłam do małego pudełka, które, jeśli wierzyć nadrukom, kiedyś zawierało ciastka. Żaden z tych przedmiotów nie spowodował nagłego olśnienia, prędzej skłaniały mnie one do stawiania kolejnych pytań.
Wokół słyszałam skrzypienie i trzeszczenie desek. Mimowolnie zaczęłam wyobrażać sobie bliżej nieokreślone, bezpostaciowe formy życia albo i nie-życia drążące sobie drogę wewnątrz ścian. Na chwilę wyprostowałam się, spojrzałam za siebie, przebiegłam wzrokiem drewniane ściany, drzwiczki szafek, mostki i schody, praktycznie pewna, że i tak nic nie zobaczę.
Spokojnie, Maddigan, tylko spokojnie. To tylko dom, twój dom i twój zupełnie niepotrzebny strach. Dom żył i reagował na mnie i moje emocje. Może te wszystkie efekty wywoływałam ja sama, przez swój niepokój i nieufność, napędzając całe to błędne koło sprzężenia zwrotnego. Autosugestia z natychmiastowym przeniesieniem na rzeczywistość. Prawo przyciągania w praktyce.
Czy prawo przyciągania także należało do tych fałszywych teorii, czy jednak tu obowiązywało? Może doświadczalne sprawdzanie rozmaitych ezoterycznych wizji naprawdę miało sens…
Zamierzałam wrócić do przerwanego zajęcia, ale otwarte tekturowe pudło, które jeszcze przed chwilą przede mną stało, teraz po prostu zniknęło. Pięknie. Po prostu pięknie. Oprócz straszenia mnie mój dom (a może to był tylko i aż mój umysł?) postanowił robić mi na złość.
...potencjalnie każdy z nas może nabrać głębokiego przekonania, że coś ma sens tylko dlatego, że mamy akurat wyższy poziom dopaminy...
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#25
Tak mniej więcej wyglądałoby wnętrze Wieży - w dużym uproszczeniu :D
Jak grałam chciałam więcej zrzutów zrobić, ale coś nie działało.

Tu trochę widać, jak gracze się tam poruszają:
https://www.youtube.com/watch?v=3aA8ZWEoq04
https://www.youtube.com/watch?v=RhPfBHUp1D0


...potencjalnie każdy z nas może nabrać głębokiego przekonania, że coś ma sens tylko dlatego, że mamy akurat wyższy poziom dopaminy...
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#26
Dzień 14


Kontynuowałam poszukiwania na strychu. Albo na tym, co powinno znajdować się powyżej piętra drugiego, a nie zawsze byłam pewna, czy mogłabym spokojnie nazwać to piętrem trzecim. Po pierwsze, zanim dotarłam do przejścia na najwyższym poziomie Wieży, dwa razy przeszłam przez piąty wymiar. Po drugie, kiedy już minęło trochę czasu i przeszłam kilka pomieszczeń, tutaj w większości mających ze sobą połączenia, przekonałam się, że podłoga może znajdować się na kilkunastu chyba różnych poziomach, w niektórych miejscach będąc już praktycznie kolejnym piętrem. Uskoki, stopnie, podwyższenia, wyglądające na scenę albo podium znajdowały się czasem w najmniej oczekiwanych miejscach. Kilka pomieszczeń pełniło funkcję strychu, a przynajmniej strychu przedstawianego w amerykańskich filmach, będącego magazynem tego wszystkiego, na co nie ma miejsca w pozostałych częściach domu, co jest już stare, ale jakoś szkoda tego wyrzucić, albo co po prostu musi być w ukryciu, trudne do znalezienia, bo inaczej cały filmowy nastrój stopniowego odkrywania ukrytych tajemnic sprzed lat szlag trafi. A jeśli chodziło o pozostałe pomieszczenia – trudno mi było stwierdzić, jaką miałyby pełnić funkcję. Gdybym miała zgadywać, powstały w celu przeprowadzania eksperymentów na pacjentach szpitali psychiatrycznych. Wbrew pozorom były one bardziej surrealistyczne niż Wieża przy całej swojej osobliwości. W Wieży mogłam czuć się przytłoczona i oszołomiona, tutaj ogarniał mnie realny niepokój. Chyba nawet bardziej niż niż chrobotanie i stukanie niepokoiła mnie cisza, jaka zapadała pomiędzy tymi dźwiękami.
Przyciskałam do klatki piersiowej pudełko, jedną ręką, drugą uniosłam na wysokość ramion i wygięłam palce w śmiesznie żałosnej parodii szponów. Palce zaczęły lekko świecić, z całej dłoni wydobyła się lekko zabarwiona na żółto mgiełka. Może i emitowałam jakąś magiczną energię, ale w razie kłopotów, gdyby znienacka coś wyskoczyło na mnie zza tamtych wypaczonych drzwi w rogu albo zza tego filaru wybudowanego tu zupełnie niepotrzebnie, w żaden sposób nie mogłoby mi to pomóc. Co miałam niby zrobić? Porazić tym jak prądem? Rzucić kulą żaru? Nawet zwyczajnie światłem oślepić bym nie mogła przy moich obecnych umiejętnościach emitowania tego i tej szczątkowej kontroli. Zresztą takie astralne albo eteryczne stwory zapewne zwykłym światłem oślepić się nie dadzą.
Zdołałam wypełnić praktycznie całe pudełko i nie mogłam powiedzieć, że którykolwiek z przedmiotów spowodował nagłe olśnienie. A nawet gdybym nie miała od razu przebiec po wszystkich pomieszczeniach z głośnym „Eureka!”, oczekiwałam choćby jakiegoś mglistego przeczucia, luźnych skojarzeń, czegokolwiek. Co najwyżej parę rzeczy mnie zwyczajnie zainteresowało. No, może trochę bardziej. Zaintrygowały mnie. Najbardziej płaski okrągły miernik, przypominający pozbawiony paska zegarek, zawierający pojedynczą wskazówkę jak w wagach i drobną podziałkę wyskalowaną od 250 do 2000. Wskazówka lekko drgała blisko dolnej granicy zakresu. Inną zastanawiającą rzeczą była wykonana na starym papierze wyblakłym tuszem rycina, przedstawiająca drzewo, trochę stylizowane, z nakładającą się na nie mapą połączonych punktów i okręgów. Wokół drzewa wykonano drobniutkim pismem opisy, niektóre łączyły się odcinkami i strzałkami z punktami na schemacie. Od pierwszej chwili wywołało to u mnie dwa konkurujące skojarzenia – albo miałam przed sobą instrukcję, jak wpływać na drzewa, albo jakąś interpretację motywu Drzewa Życia.
Olśnienie jednak nastąpiło, nie za długi czas potem, w momencie kiedy przechodziłam do Wieży, z zamiarem pokazania swoich znalezisk i zapytania kogoś, co tak właściwie znalazłam. Nagła myśl nagle poraziła mnie jak grom, zatrzymałam się na mostku łączącym ścianę z krzywym, skośnym filarem wyrastającym ze ściany obok, na tej wysokości znajdującym się mniej więcej na środku przekroju Wieży. Całe szczęście, że nie wypuściłam z rąk pudełka, bo być może cała jego zawartość przepadłaby gdzieś pomiędzy wymiarami. 
Myśl była zaiste przerażająca, a jeszcze bardziej przerażające było to, że z dużym prawdopodobieństwem mogłam mieć rację. Kiri od samego początku powiedziała, że jest częścią mnie, więc tak właśnie ją traktowałam, a przynajmniej tak próbowałam ją traktować. Przyjęłam to do wiadomości. Od żadnego z innych stworzeń przebywających w tym domu nie uzyskałam podobnej deklaracji. Nie pytałam też o to. Ba, nawet o tym nie pomyślałam, nie zastanowiłam się nad tą możliwością. A cały ten dom, ten reagujący na mnie i moją energię, na moje emocje dom?! Był mną, moim umysłem, czy też moim odbiciem… Może o ukrytych kamerach parę razy pomyślałam, nie myślałam za to o lustrze. O całym zbiorze luster, wzajemnie się w sobie odbijających w upiorną nieskończoność! Krążyłam w labiryncie luster, badałam odbicia w lustrze, szukałam wskazówki w lustrze i od niego oczekiwałam odpowiedzi na pytania. A odbicia deformowały się w tym całym pryzmacie, przybierając postać zielonego Hissa, czy też kudłatego Dudu, czy w końcu przerośniętego insekta w wełnianym garniturku. Odejdźcie wszyscy ode mnie, apage, precz siło nieczysta, zniknij iluzjo! 
Początkowo zamierzałam iść do biblioteki, ale zmieniłam zdanie. Spróbowałam przypomnieć sobie drogę do widzianego przelotnie pomieszczenia w tej drugiej, mniejszej części drugiego piętra. Ruszyłam tam ze swoim pudełkiem ze znaleziskami, nie mając ochoty w tym momencie natknąć się na Mola Książkowego. Przeszłam przez pochyły odcinek korytarza, cała rzeczywistość na chwilę lekko się obróciła, goniąc tę inną perspektywę. Znalazłam się we właściwym miejscu, miałam przed sobą kilkoro drzwi, które teraz dla mnie ustawione były już normalnie. Wybrałam te z szybą w postaci rozetkowego witrażu w odcieniach błękitu i zieleni. Sam pokój wyglądał na stworzony do medytacji. Z sufitu i zamocowanych na ścianach półek o falistych i obłych kształtach zwieszały się sznury koralików i bambusowych dzwoneczków. Ściany pokrywały nielakierowane listewki, w jakiś sposób chyba nadal żywe, bo wypuszczały cienkie gałązki z jasnozielonymi pąkami liści. W środku pleciony zielony dywan, wokół workowate fotele w kilku innych odcieniach zieleni, w kącie mały stolik o nieregularnym kształcie, na nim lita kryształowa piramidka. Całe to otoczenie w tym momencie nie było w stanie sprawić, że poczułam się bardziej rozluźniona. Wydawało mi się raczej jakimś irytującym żartem.
Opadłam na fotel, odchyliłam głowę w tył, zamknęłam oczy. Myśl, myśl. Co mogłam teraz zrobić? Tutaj, teraz, skoro połączenia przerywać na razie nie zamierzałam. Pójść po zeszyt przede wszystkim, był w sypialni niżej. I może jednak przemknąć się do tej biblioteki, poszukać czegoś, co mogłoby mi pomóc zidentyfikować chociaż część przedmiotów z pudełka.
Idąc na pierwsze piętro, zastanawiałam się, czy nie powinnam rozciągnąć za sobą nici, sznurka czy czegoś w tym rodzaju. Nie miałam tylko pod ręką odpowiednio długiego kawałka sznurka i nie byłam pewna, czy możliwe jest przeciągnięcie ciała stałego przez kilka wymiarów. Zresztą takie działanie mogło być całkiem bezcelowe, bo zapewne gdyby tak miało się stać, pokój, do którego chciałam wrócić i tak by zniknął, albo gdzieś przepadłyby na czas nieokreślony pozostawione na chwilę rzeczy.
Kiedy wpadłam do sypialni po zeszyt, miałam wrażenie, że w pokoju jest ciemniej niż wcześniej. Może to też było kwestią mojego nastawienia, albo tylko złudzeniem. Albo jeszcze inaczej – zmianą postrzegania. Właściwie nie miałam też sposobu, żeby sprawdzić, czy w niektórych sytuacjach ten Matrix naprawdę się zmieniał, czy był to raczej rodzaj iluzji, wynikający z niedoskonałości, czy może niedostatecznego rozbudzenia moich astralnych zmysłów.
W bibliotece musiałam się na chwilę zatrzymać, aby przywyknąć do półmroku. Przede mną majaczyły ciemne zarysy półek. Wiedziałam, że jaśniej jest tylko w kilku miejscach, tam, gdzie znajdowały się stoliki i wytarte fotele. Uniosłam rękę i zaczęłam emitować energię. Starałam się uzyskać jak najwięcej światła. Weszłam między półki, próbując odczytać tytuły na grzbietach książek. Na którymś z nieoznaczonych regałów znalazłam nawet coś, co brzmiało obiecująco. „Ciało astralne”, „Ciało eteryczne”. Złapałam książki i ruszyłam dalej, dopóki nie dotarłam do końca tej ścieżki, kończącej się trzema półkami opisanymi jako „ODMÓŻDŻAJĄCA LITERATURA MŁODZIEŻOWA”. Zauważyłam, że kiedy tylko musiałam czemuś dokładnie się przyjrzeć albo coś odczytać, wytwarzane przeze mnie słabe światło przygasało. Może powinnam się pospieszyć, zanim baterie mi się rozładują. 
Wróciłam na drugie piętro jeszcze z kilkoma tomami dotyczącymi Drzewa Życia i alchemii. Machinalnie otworzyłam drzwi z kolorową szybką… i zamarłam w progu. To z pewnością nie było pomieszczenie, które niedawno opuściłam. Miało może ten sam kształt, ściany pokryte nielakierowanymi listwami i okno usytuowane w tym samym miejscu, ale na tym podobieństwa się kończyły. W miejscu, gdzie powinien znajdować się stolik, tutaj było coś pomiędzy skrzynią a ławą, na której spoczywała czaszka, rzeźbiona w ażurowy wzorek jak koronka. Fotele gdzieś zniknęły, a w miejscu okrągłego dywanu na podłodze znajdował się krąg. Nie z prostym banalnym pentagramem, ale kilkoma a może nawet kilkunastoma przeplatającymi się pentagramami. W środku kręgu spoczywała odcięta, prawie łysa głowa lalki z pojedynczymi pasemkami włosów. Za oknem widziałam czerwone niebo przysłonięte kłębami pary. Po ścianach powoli spływały strugi gęstej czarnej cieczy.
Wpatrywałam się w to przez chwilę, zanim drzwi nieoczekiwanie się zatrzasnęły. Musiały zatrzasnąć się same, bo ja przecież nie spanikowałabym na widok tej dekoracji z horroru klasy Z. Spróbowałam je znowu otworzyć, przez chwilę coś je blokowało, a kiedy puściło, zobaczyłam ten sam przytulny pokój do medytacji, jaki opuściłam. Pudełko ze znaleziskami ze strychu i Wieży leżało obok jednego z workowatych foteli. Usiadłam, przyrzekając sobie w duchu, że dzisiaj już tego pomieszczenia nie opuszczam. Położyłam stosik książek obok fotela, zostawiłam sobie tylko jedną, coś na temat kabały i Drzewa Życia, z ładnym rysunkiem menory na okładce. Przekartkowałam ją, nie czytając, tylko szukając obrazków i schematów, żeby porównać z tym szkicem drzewa ze strychu. Nic nie przypominało tego, czego szukałam, tamte wzory były znacznie bardziej geometrycznie regularne. Przejrzałam więc dwie kolejne książki, z tym samym rezultatem. Miałam uznać te wizje autorów za uproszczenie, czy jednak stwierdzić, że w tym szkicu drzewa chodziło o coś innego?
Chwyciłam kolejną książkę, „Ciało astralne” Arthura Powella. Domyśliłam się, że znajdę tam sporo uproszczeń, ale potrzebowałam jakiegokolwiek punktu zaczepienia.


# Odautorski bełkot

Czuję, że ten kawałek mi niezbyt wyszedł, nie wiem w jakim stopniu z winy paru rzeczy na uczelni, które ogarniałam w tym tygodniu... Ale jak już takie zdeformowane "dzieło" spłodziłam, pozwalam mu żyć dalej...
...potencjalnie każdy z nas może nabrać głębokiego przekonania, że coś ma sens tylko dlatego, że mamy akurat wyższy poziom dopaminy...
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#27
Dzień 15


Patrzyłam w otchłań, a ona również… stop! Otchłani żadnej nie było. Przynajmniej w najbliższej okolicy mojej mojej enklawy. Wpatrywałam się w pagórek przede mną, aż ten pagórek też zaczął wpatrywać się we mnie.
Po przeczytaniu „Ciała astralnego” postanowiłam się przekonać, jaka część tej całej pokręconej treści ma coś wspólnego z rzeczywistością. Większość dość szybko musiałam odrzucić. Do tej pory nic nie wskazywało na to, że ten świat jest dodatkową warstwą częściowo przenikającą ten prawdziwy… pardon, fizyczny. Tutaj byłam wrzucona w kompletnie odrębną rzeczywistość. Nawet nie przypominało to innej PLANETY, raczej sen albo grę. Wirtualną rzeczywistość. Matrix. 
Tym samym możliwość kontaktu z innymi ludźmi, nawet ograniczoną przez przebywanie w innym wymiarze, również musiałam wykluczyć. A zatem i wywieranie na nich wpływu albo podleganie wpływom. Różne wydumane teorie o zaświatach, duchach zmarłych i reinkarnacji – których opisy niepokojąco przypominały mi relację z bad tripu po ciężkim przedawkowaniu grzybków – mogłam pominąć od razu.
Najprościej było chyba zbadać siebie. To, czym tutaj byłam. Oglądałam swoje dłonie na tle nieba doszukując się wokół nich jakiejś energetycznej otoczki. Jeśli dobrze zrozumiałam opisy, to powinnam cała otoczona być owalem z barwnego światła. Czymś, co przychodzi na myśl, gdy człowiek słyszy słowo „aura”. Nie byłam pewna, czy to też mam włożyć między bajki, czy raczej uznać, że jeszcze nie do końca rozwinął mi się astralny wzrok. Ale w końcu chyba już w tym momencie byłam tym całym ciałem astralnym, czyż nie?!
Próbując wypatrzeć coś wokół ręki, mimowolnie widziałam niebo wokół. No, w tym Powell się nie mylił, zresztą akurat na to zwróciłam uwagę już na samym początku. Światło rzeczywiście było rozproszone, tak, że niemożliwością byłoby wskazanie jego źródła.
Opuściłam rękę, jednocześnie podążając za nią wzrokiem. Potem położyłam dłoń na kolanach. Przede mną, przed pniem, na którym siedziałam, znajdowało się porośnięte trawą wzniesienie. I właśnie pomiędzy tymi trawami pojawiła się para świecących żółtawych oczu. A sam pagórek zadrżał, bo nagle postanowił sobie wyrwać się z miejsca w którym tkwił. Wyrósł ponad ziemię, wspierając się na niezgrabnych ramionach i nogach, póki nie wstał, pękaty golem, o grzbiecie i karku wciąż porośniętym trawą. Trawiasta grzywka opadała na te jego świecące oczy, próbował ją odrzucić do tyłu, potrząsając łbem. Z całego ciała posypały się grudki gleby i kamyki. Wobec tego i mnie chyba wypadało wstać.
- Żywiołak ziemi czy ki diabeł? - spytałam. Ręce miałam opuszczone wzdłuż boków, ale palce już odruchowo zgięłam w szpony i nawet nie musiałam na nie patrzeć, żeby domyślić się, że energia zaczyna otaczać dłonie lotną warstewką. Czułam to, a odczucia pomagały zachować spokój.
- Nowa w Krainie Czarów – to było raczej stwierdzenie niż pytanie. Żywiołak miał niski, dudniący głos.
- Tak to widać? - spytałam. Koniecznie siląc się na kiepski żart, jak to w takich sytuacjach bywa. Kiedy stworzenie odwzajemniło uśmiech (co wyglądało w pewien sposób rozczulająco), mnie tknęła nagła myśl. Powinnam go sprawdzić.
- A ty tutaj od kiedy? - oczywiście musiałam zachować ten swobodny ton, żeby wypadło to całkiem naturalnie.
- Nasza obecna generacja od trzystu osiemnastu Cykli.
Oczywiście tego właśnie mogłam się spodziewać, mętnej odpowiedzi, która nie mówiła mi zupełnie nic. Jeśli był wytworem mojego umysłu, nie mógłby odpowiedzieć inaczej. Ewentualnie mógłby jeszcze coś zmyślić.
- A po ludzku ile to będzie?
- W tym wypadku 299 lat, 3 miesiące i 9 dni – westchnął żywiołak – Chociaż ostatni Cykl niemiłosiernie się dłuży… Zresztą sama możesz to wszystko sprawdzić.
No cóż… Sęk w tym, że nie mogłam. I nie byłam pewna, o co mogłabym się założyć, że on doskonale o tym wiedział. No chyba, że jednak…
W którymś momencie przestałam emitować z rąk energię, nawet nie mogłam stwierdzić, kiedy dokładnie. Widocznie mój umysł nie potrafił wystarczająco zaangażować się w kilka rzeczy jednocześnie przez dłuższy czas.
Żywiołak odwrócił się, postąpił parę kroków i na chwilę znów się zatrzymał. Wymruczał coś, że jeśli zamierzam ćwiczyć, nie będzie mi przeszkadzał. A wówczas ja, ku własnemu zdziwieniu, zmieniłam zdanie. Poprosiłam, żeby zaczekał. Pozwolił mi, żebym z nim szła. Nie przeszkadało mu to, wyglądało na to, że jest mu to całkowicie obojętne. Jedynym uczuciem, jakie przez chwilę okazał, było łagodne zdziwienie. A to z kolei zdziwiło mnie – przez co tym bardziej poczułam potrzebę towarzyszenia mu w wędrówce przez las. 
Zamierzałam odtworzyć drogę do Lamgdo. Bezskutecznie szukałam jakichś znajomych punktów, ale chyba tym razem znalazłam się w kompletnie innym miejscu, chociaż początkowo miałam wrażenie, że idziemy we właściwym kierunku. Te lasy były w końcu rozległe. Kilka razy widziałam między drzewami w oddali kolumny z szaro-zielonawego kamienia a możliwe, że także jakieś mechanizmy, których z tej odległości nie mogłam rozpoznać. W takich chwilach wahałam się między przejściem dalej a podjęciem ryzyka utraty z oczu mojego przewodnika, żeby obejrzeć to z bliska. Mimo wszystko wolałam jakoś trzymać się w pobliżu żywiołaka, kamienne budowle mogły poczekać. Może któraś w końcu znajdzie się blisko naszej drogi. To było nawet trochę zabawne. Miałam do swojej dyspozycji cały ten świat, licho wie jak rozległy, a coś kazało mi kurczowo trzymać się innych istot, aby wyznaczały mi cel i prowadzącą do niego drogę.
- Zabawne albo żałosne.
Nie dałam się wkręcić w wewnętrzny konflikt. Jeśli coś było częścią mojego umysłu i mojej jaźni, ja poprzez wolę i świadomość powinnam nad tym zapanować.
(poznaj swój umysł i jego możliwości tutaj)
Próbowałam objąć myślami idącego kilka kroków przede mną żywiołaka. Kolejna próba, mój kolejny eksperyment. Musiałam jakoś sprawdzić, co rzeczywiście mnie z nim łączyło, miałam wrażenie, że od tego zależą moje zdrowe zmysły. Żywiołak był obiektem znacznie bardziej opornym niż stworzenia z mojego astralnego domu. Trudniej było w ogóle go wyczuć. Fakt, iż cały czas szliśmy krętą i czasem nierówną ścieżką raczej mi tego nie ułatwiał. Kiedy bardziej się koncentrowałam, zwalniałam, potem musiałam biec, aby nie zgubić mojego przewodnika wśród drzew, pnączy i kwitnących krzewów. Tutaj droga była kwestią raczej umowną, kiedy już dotarliśmy do miejsca, gdzie bujna roślinność była bardziej gęsta. Pod stopami uginała się miękka warstwa mchu.
Żywiołak miał tu znacznie większą swobodę ruchu. Mógł torować sobie drogę przez bardziej gęste zarośla, rozpychając je jak taran. Widziałam jak gałęzie i sznury splątanych łodyg czasem zdzierały z jego ciała grudki gleby i pył, ale nie wyglądało na to, żeby w ten sposób poniósł jakąś szkodę. Jeśli chciał, zapadał się i wnikał w glebę, gdzie kierunek jego ruchu znaczył wybrzuszający się na powierzchni wał i niekiedy umykające przed nim owady, jaszczurki i inne drobne zwierzęta. Miałam wrażenie, że w ten sposób poruszał się szybciej niż kiedy szedł zwyczajnie piechotą. 
W którymś momencie zatrzymał się. Stanął przed kamiennym słupkiem, na pierwszy rzut oka prawie niewidocznym wśród plątaniny bluszczu i innych roślin. Przykucnął, pogładził jeden z czterech boków, nie starając się odtworzyć wyrytych na nim symboli, potem położył dłoń na wierzchołku ściętym w płaski ostrosłup. Odchylił głowę i zamknął oczy, gasząc ich żółtozielone światło.
Podeszłam nieśmiało bliżej. Spróbowałam się wyciszyć i skupić na odczuwaniu. I nie ingerować, brońcie bogowie, nie przeszkadzać, tylko obserwować z boku. Z pewnością nie zdołałam tak jak żywiołak chwilę wcześniej natychmiast wejść w głęboki trans, nawet nie próbowałam. Tylko tyle, żeby cokolwiek wyczuć. A to „cokolwiek” nie było jakieś szczególne, ot tylko kilka zawirowań energii w otoczeniu, seria skoków jak bijące w brzeg fale. Nie zdziwiłabym się, gdyby ten obraz był zatarty i uproszczony przez niedoskonałość moich nierozwiniętych jeszcze bardziej subtelnych zmysłów. Pewnie powinnam się, jak to określali niektórzy DOSTROIĆ.
Ziemia wybrzuszyła się w dwóch miejscach w pobliżu i coś ruszyło w naszą stronę. 
Spokojnie, tylko spokojnie. Skoro żywiołak pozostawał w transie (a ani przez chwilę nie zwątpiłam, że doskonale zdawał sobie sprawę, że nie jesteśmy tu sami), raczej nie było to nic groźnego. To tylko… no oczywiście. Z ziemi wynurzyły się dwa kolejne żywiołaki. I one też nie zdołały zachować całkowitej obojętności, mój widok tutaj chociaż na krótką chwilę ich zaskoczył. Aż poczułam potrzebę wytłumaczenia się, że w niczym przeszkadzać nie zamierzam, ja tak tylko chodzę i się przyglądam. Że tylko winni się tłumaczą? Cóż, pewnie zawsze mogli to jakoś SPRAWDZIĆ. Gdyby nie stracili mną zainteresowania jeszcze szybciej. Poczekali chwilę na tego pierwszego żywiołaka i teraz razem kontynuowali marsz. I skoro do mnie nic najwyraźniej nie mieli, dalej za nimi podążałam. Patrząc na ich niezgrabny, sztywny chód mogłam chociaż częściowo zapomnieć o kompleksach, jakich nabawiłam się wobec driad. Przy tej trójce stąpałam lekko jak primabalerina. Teren czasem wymuszał na mnie skoki nad rowami albo balansowanie na leżących pniach. Żywiołaki w takich sytuacjach po prostu integrowały się ze swoim żywiołem i przeszkody przestawały dla nich istnieć.
Kolejny raz zatrzymaliśmy się na wzniesieniu, gdzie las miejscowo się przerzedzał. Jak to na terenie mniej zasłoniętym przez drzewa, więcej rosło tu krzewów i kwiatów. Niby norma, ale tutaj zwróciło moją uwagę. Jakie to miało znaczenie, skoro przy tym rozproszonym świetle w lesie nie było tak znacznie ciemniej? Jakąś różnicę czułam, ale była właściwie nieistotna.
Powell twierdził, że w tych astralnych i mentalnych światach źródłem światła było Słońce. Hmmm, cóż, nie byłabym tego taka pewna. Odkąd tu pierwszy raz trafiłam, nie widziałam Słońca, żadnego innego ciała niebieskiego zresztą też. Czy w ogóle tutaj kiedykolwiek zapadała noc?!
W pobliżu znajdowała się prostopadłościenna budowla z szaroniebieskiego kamienia. Na jednym z krótszych boków znajdowały się rzeźbione w koncentryczne owale drzwi, także kamienne, chociaż znacznie bardziej gładkie, zagłębione w niszy tworzonej przez zagłębienie ściany, dwa filary po obu stronach, oparte na nich niewielkie zadaszenie i sięgający nieco dalej do przodu podest. Na skraju podestu i wokół drzwi wmurowano mozaikowe czerwono-zielone płytki. Na pierwszy rzut oka konstrukcja wydawała się niepozorna, ale po chwili odnalazłam kilkanaście metrów dalej podobny prostopadłościan, niższy, bardziej zanurzony w ziemi. Dalej kolejne, niektóre połączone, fragmenty budowli, ukryte wśród drzew, bardziej złożone, ozdobione wieżyczkami i płaskorzeźbami. Byłam właściwie pewna, że w rzeczywistości poprzez wyższe wymiary połączone są ze sobą wszystkie elementy. Żeby to zobaczyć musiałabym pewnie wejść do środka. Na szczęście miałam na to czas. Wyglądało na to, że żywiołaki zamierzały zatrzymać się tu na dłużej. 
Widziałam, jak rozglądały się po okolicy. Badały ją. To było chyba właściwe określenie. Najbardziej ich uwagę zwracały słupki albo okrągłe kamienne płyty na ziemi, z wyrytymi symbolami, nieraz dodatkowo podkreślonymi lekko świecącym barwnikiem. Zatrzymały się także na chwilę, kiedy trafiły na małe zbiorowisko Mechanicznych Grzybów. Kładły dłonie na tych obiektach i koncentrowały się, albo na chwilę wchodziły w trans. Przekazywały energię? Bardziej kojarzyło mi się to z jakimś systemem łączności, nadawaniem sygnału. Nie miałam za bardzo możliwości skanowania ich umysłem w takich chwilach, nie potrafiłam wystarczająco wyciszyć myśli przez ten czas, kiedy któryś z żywiołaków pozostawał w tym stanie.
Pozwalałam sobie na oddalanie się od łąki na wzniesieniu maksymalnie na taki dystans, na jaki odchodziły żywiołaki podczas swoich działań. Nie czułam, żeby to mnie zbytnio ograniczało. Krążyłam między drzewami, po prostu podziwiając widoki wokół. Znów pomyślałam o teoriach Powella – nie on jeden zapewne je głosił – jakoby to wszystko nakładało się na fizyczny świat. A figa i guzik z pętelką! Gdzie niby miałoby się znajdować takie nieskalane destrukcyjną ludzką działalnością miejsce?! Te budowle, nieodkryte, nieogrodzone barierkami, ewentualnie z ograniczonym i bardzo kosztownym dostępem. Przecież tego by tak nie zostawili, rozdrapaliby jak sępy, wyssali duszę do cna, albo w imię wiedzy, albo zysków. O, tak! Siła jest na dziwów, lecz nad wszystkie sięga dziwy człowieka potęga!
Z gałęzi drzewa przyglądało mi się jakieś brunatne skulone stworzenie z długim ogonem, kilkakrotnie większe od wiewiórki. Kiedy podeszłam bliżej, zwinnie wspięło się po pniu na wyższe gałęzie, ale nadal stamtąd na mnie patrzyło, bardziej zaciekawione niż przestraszone. Nieco dalej natknęłam się na coś podobnego do gigantycznej ropuchy z oczami na szypułkach i wyrastającymi z grzbietu szarymi grzybami. Najwięcej było owadów, dosłownie wszędzie, gdzie tylko się obejrzałam. Różnej barwy i wielkości, niektóre naprawdę niepokojąco wyrośnięte. Na szczęście dla mnie były bardziej zainteresowane tym czy innym gatunkiem spośród dość licznie występujących tu kwiatów. Na ziemi przysiadł gad-ptak o niebieskich piórach. Tym razem chyba nie pojawił się nikt, kto zdołałby siłą umysłu go powstrzymać, dlatego drapieżnik w spokoju pożywiał się właśnie szczątkami jakiegoś gryzonia o jasnej sierści. Niedługo potem natrafiłam na samotną driadę kawałek dalej, pośród wysokich krzewów paproci. Jakoś tak bardzo nie dawało mi to spokoju, że musiałam spytać o tego-gada ptaka. Pierwszą odpowiedzią driady było zdumione spojrzenie. Najwyraźniej nie wiedziała, o co w ogóle mi chodziło.
- No, polują – powiedziała w końcu – Taki jest porządek rzeczy.
- I nie próbujecie ich powstrzymywać? - spytałam. Driada była w tym momencie bardziej zainteresowana dwumetrową rośliną o częściowo zdrewniałym pniu, od którego odchodziły liście-kwiaty zwinięte w otwarte na końcach stożkowate rożki, jasnozielone u nasady, dalej coraz bardziej niebieskie, przechodzące w błękitnawą szarość w bordowe cętki. Driada sięgnęła do jednego z takich kielichów i nachyliła go tak, aby mogła pić zebraną w nim przejrzystą ciecz lekko zabarwioną na fioletowo.
Uznałam, że to nie jest trujące i sama chwyciłam inny kielich. Płyn smakował trochę podobnie do wody brzozowej, tylko smak był bardziej wyczuwalny. Zdałam sobie w tym momencie sprawę, że w tym świecie nie odczuwałam głodu ani pragnienia. Jedzenie i napoje wydawały się istnieć tutaj nie dla zaspokajania jakichś potrzeb ale dla przyjemności odczuwania smaków. Nie byłam całkowicie pewna, ale jak dotąd wszystko na to wskazywało.
Próbowałam jeszcze wypytywać driadę o scenę, której te parę dni wcześniej byłam świadkiem, ale zrezygnowałam. Tyle zrozumiałam, że wtedy była to jakaś sytuacja jednorazowa. Zaistniał powód, dla którego tamta driada powstrzymała gada-ptaka. Potrzeba sytuacji.
Wróciłam na wzniesienie. Wybrałam sobie akurat dobry moment, żeby dostąpić zaszczytu oglądania jak jeden z żywiołaków częściowo traci spójność swojego utworzonego z wilgotnej ziemi i roślinnych szczątków ciała, rozmywa się na chwilę w nieco bardziej bezpostaciową masę, po czym rozdziela na dwie części, z których każda szybko przybrała podobny kształt ziemnego golema. Dwie istoty były mniejsze od pierwszego żywiołaka przed podziałem, ale bardzo nieznacznie. Na pewno nie był to podział materii na dwie połowy. Jeden z nich szybkim krokiem ruszył w dół wzniesienia i zniknął w lesie po przeciwnej stronie, drugi przykucnął, podpierając się rękami. Zaniepokojona, podeszłam bliżej i położyłam mu dłoń na ramieniu.
- Wszystko w porządku? - spytałam. Pomyślałam, że gdybym miała większą wprawę, w razie potrzeby mogłabym przekazać mu trochę energii.
- A dlaczego miałoby nie być? - odpowiedział pytaniem.
- To było trudne? - spytałam – To znaczy… no wiesz…
Wykonałam ręką gest który mógł oznaczać wszystko albo nic. Żywiołak uśmiechnął się.
- Nie. To jest naturalne. A ty chyba naprawdę jesteś tu nowa.
Kiedy w polu widzenia pojawił się kolejny żywiołak (nie było chyba sposobu, żeby ich odróżniać), uznałam, że mogę chyba bez obaw odejść. Tego siedzącego na łące wolałam mimo jego zapewnień nie zostawiać całkiem samego.
Przeszłam w końcu przez te kamienne drzwi. Było to tak jak przy wchodzeniu do astralnego domu, na chwilę wessała mnie czerń i nicość. Po drugiej stronie czekało na mnie wnętrze w barwach brązu i szarego błękitu, podobnego jak kamienna budowla z zewnątrz. Tu jednak powierzchnie były gładkie, w dotyku trochę podobne do marmuru. Znajdowałam się na początku szerokiego korytarza, ciągnącego się znacznie dalej niż oglądany z zewnątrz kamienny prostopadłościan tej części budowli. Posadzka tworzyła coś w rodzaju mostu, z obu stron do ścian brakowało ponad metra, a w dole widziałam bezdenną przepaść. Wzdłuż ścian przebiegały grube pionowe rury, niektóre wykonane z podobnego gładkiego brązowego kamienia, inne przejrzyste, szklane albo z jakiegoś rodzaju kryształu. Rury zebrane były w grupy po kilka, rozmieszczone w regularnych odstępach. Sufit tworzył krajobraz przenikających się wielościennych brył, prętów i bruzd, wszystko w kolorze zbliżonym do miedzi. Kryształy różnych kształtów i rozmiarów rozmieszczone na tej przestrzennej strukturze, połączone lekko wypukłymi liniami, jakby ścieżkami na płytce drukowanej, tworzyły skomplikowany wzór podobny do Drzewa Życia. Pomiędzy tymi barwnymi punktami, po ścieżkach co jakiś czas przebiegały iskry, od jednego kryształu do drugiego, wzdłuż całej długości linii.
Przeszłam dalej, odkrywając kilka pomieszczeń, w większości dużo mniejszych niż ten korytarz. W jednej komnacie, pustej z wyjątkiem szerokiego filara pośrodku, praktycznie całe ściany i sam filar pokryte były pionowymi rzędami run. W innych pomieszczeniach widziałam kamienne maszyny, przenikane przez włókna pulsującej tkanki, rozrośniętej jak korzenie albo żyły, wnikającej końcówkami dalej w podłogę i ściany. W centralnej części dwóch takich maszyn skupiska tkanki były bardziej zorganizowane, tworząc trudne do rozpoznania organy. 
Wycofałam się i opuściłam budynek, odrzucając lekką pokusę zagłębiania się dalej. Nie chodziło o strach, nie sądziłam, że mam się tutaj czego bać, zwyczajnie nie byłam pewna, jak daleko mogły się ciągnąć te korytarze i komnaty i ile czasu upłynie, zanim znajdę drogę powrotną do wyjścia.
Przed wyjściem czekało na mnie dwóch żywiołaków. Jeden z rozbawieniem spytał, co robiłam, przy okazji poinformował mnie, że miejsce, które przed chwilą zwiedzałam nazywa się Drakkut. Miło wiedzieć.
- Czasami dobrze się zastanowić i wiedzieć, gdzie się włazi – stwierdził drugi żywiołak – Żeby potem nie było niemiłego zaskoczenia, kiedy nagle wessie cię czarna dziura.
- Jaka czarna dziura?
- Nie traktuj go poważnie – odrzekł pierwszy żywiołak – Tylko żartował, nowa.
- Maddigan – poprawiłam odruchowo – Nazywam się Maddigan.
Dopiero jakiś czas później dotarło to do mnie. Nieistotna, zdawałoby się rzecz, łatwa do przeoczenia błahostka. Żywiołaki nie znały mojego imienia. W przeciwieństwie do stworzeń na moim terenie chyba nie wiedziały, kim jestem.
...potencjalnie każdy z nas może nabrać głębokiego przekonania, że coś ma sens tylko dlatego, że mamy akurat wyższy poziom dopaminy...
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#28
Żywiołak ziemi

[Obrazek: earth_elemental_by_rootmad-dc2y49p.jpg]
...potencjalnie każdy z nas może nabrać głębokiego przekonania, że coś ma sens tylko dlatego, że mamy akurat wyższy poziom dopaminy...
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#29
Słodziak :)
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#30
Generalnie to przyjemnie się czyta i nie żałuję spędzonych chwil tutaj, chce wincyj!
Sen jest to skracanie sobie życia w tym celu, aby je wydłużyć.
LD - 5
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  iSenowe Kroniki Filmowe Slavia 6 888 12-05-2018, 22:40
Ostatni post: Slavia

Skocz do:

UA-88656808-1