Kroniki Astralnych Motyli
#11
O tym akurat nie pomyślałam.
Bardziej miałam zamiar zrobić inną prowokację ezoludzi - wykorzystując moje własne ezoteryczne wizje z czasów mojej wiary w OOBE i weryfikowania skuteczności "magicznych" praktyk, stworzyć bloga z "natchnioną prawdą wbrew mainstreamowi". I czekać, aż zdobędę wyznawców, którzy potem sami będą mnie bronić przed ewentualnymi krytykami, zarzucając im "zamknięty umysł" i "niski poziom świadomości". 
Myślisz, że naprawdę te opowiadania mogą zostać przez ezoludzi potraktowane serio? Coś takiego nie przyszło mi do głowy, ja chyba ezoludzi jeszcze nie doceniam :P
...potencjalnie każdy z nas może nabrać głębokiego przekonania, że coś ma sens tylko dlatego, że mamy akurat wyższy poziom dopaminy...
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#12
Główna bohaterka ma osobowość badawczego sceptyka, przez co notatki nie trącą emocjonalnym bajkopisarstwem, po którym ezoludki mogą ewentualnie rozpoznać fałsz :) Obstawiam, że zdobyłabyś wyznawców, choć wśród tych typków, którzy naciągali by opisane przez ciebie przygody do swoich własnych teorii na temat astrala :P
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#13
Może to dlatego, że w dużej części staram się inspirować czymś, co pisałam (i nigdy nie ukończyłam) w klasie maturalnej, co miało być w założeniu moją własną wersją "Ferdydurke". Stąd właśnie to podejście, myśli i czasem wypowiedzi głównej bohaterki.

Ja raz na jednym dość rakotwórczym forum widziałam dyskusję między miłośnikami OOBE. Jakieś dziewczę opisało swoje doświadczenia w "astralnym mieście" i interakcje z projekcjami. Ktoś inny stwierdził, że nie, że to nie mogło być OOBE, że to nie mogło mieć miejsca w astralu, bo to niemożliwe, żeby jakiś duch zachował się tak czy inaczej :P
...potencjalnie każdy z nas może nabrać głębokiego przekonania, że coś ma sens tylko dlatego, że mamy akurat wyższy poziom dopaminy...
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#14
Weszłam do domu po chwili wahania, przyjrzawszy się uważnie gałce. Morda nadal szczerzyła się upiornie. 
(Spokojnie, spokojnie, panienka się nie boi, on tylko warczy, ale nie gryzie… O tak!)
Odruchowo skierowałam się ku drzwiom łazienki. Nawet nie zastanawiając się, czy tutaj mycie rąk po wejściu do domu ma jakikolwiek sens. Minęłam niską kwadratową szafkę, która kilka dni temu wcześniej była jeszcze stolikiem i zdecydowanie miała ciemniejszą barwę. Położyłam rękę na klamce i dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że coś jest nie tak. Wcześniej drzwi otwierały się do wewnątrz. I były lite, bez tej przeciętej listewkami na krzyż kwadratowej szybki. Pociągnęłam drzwi do siebie.
Pomieszczenie było podobnych rozmiarów jak łazienka, która jeszcze niedawno się tu znajdowała. Tylko teraz ściany kafelki na ścianach zastąpiły deski, na środku leżał luźno tkany, przypominający trochę sieć, okrągły dywan, w miejscu wanny stała duża stara szafa a po przeciwnej stronie zamiast sedesu i umywalki widziałam biurko i małą komódkę. Blat zawalony był papierami, sterty teczek i luźnych kartek chaotycznie pokrywały każdą wolną poziomą powierzchnię. Niektóre leżały na brzegu, częściowo wisząc poza blatem, kilka leżało poniżej na podłodze. Odruchowo podniosłam jedną, leżącą najbliżej. Przyjrzałam się schematowi czegoś, co przypominało układ planet z uproszczonymi orbitami albo atomy z powłokami elektronowymi. Rysunek podpisano, ale co z tego, skoro opis wykonano jakimiś dziwnymi runami, chyba bardziej złożonymi niż te symbole na słupkach wokół mojego podwórza? Z rezygnacją odłożyłam kartkę na biurko. Rzuciłam okiem na białą tekturową teczkę opisaną jako „WEJSCIE W 98338. CYKL”. Kiedy znów spojrzałam na kartkę, którą przed chwilą położyłam obok, zobaczyłam, że jej treść się zmieniła. Teraz był sam zwarty runiczny tekst, bez żadnej ilustracji.
Przykucnęłam obok biurka. Pod spodem widziałam tekturowe pudła, częściowo pokryte warstwą kurzu. Wyglądało to trochę tak, jakby niedawno ktoś je ruszał, ale tutaj to raczej nie powinno mnie dziwić. O niczym też nie świadczyło. Energicznym dmuchnięciem oczyściłam nieco bardziej pudło leżące na wierzchu i wyciągnęłam je na zewnątrz. Przed otwarciem przetarłam je jeszcze rękawem. Nie było żadnego powodu, żeby zaczynać poszukiwania tutaj, ale też żadnego powodu, żeby tutaj nie zacząć. 
W kartonach były głównie papiery, teczki albo oprawione w skórę notatniki różnych formatów. Oprócz tego coś, co wyglądało na zegarek, opakowanie po kalkulatorze, coś w rodzaju kompasu z trzema niezależnie poruszającymi się wskazówkami oraz kilka szkieł powiększających różnych rozmiarów. Większość rzeczy odłożyłam na miejsce, kilka, które miałam wrażenie, że mogą mi się przydać, położyłam na razie na biurku. Nie wiem, czy to miało jakikolwiek sens. Przecież za kilka dni mogłam w ogóle do tego pokoju nie trafić. Tylko co innego mogłam zrobić? Wynieść to na korytarz? Czy to by w czymkolwiek pomogło? Jedyną rzeczą, którą znalazłam i która w jakimś stopniu przypominała amulet, był lekki krążek z jasnego drewna, wielkości ludzkiej dłoni, z wyrytym po jednej stronie złożonym wzorem z kwadratów, okręgów i trójkątów. Takie coś można by na podłodze nakreślić i próbować przyzywać Szatana. Chociaż gdyby ktoś mnie spytał, nie umiałabym odpowiedzieć, dlaczego artystyczne zbiory figur miałyby posiadać taką moc. Słyszałam od zawsze, że matematyka to szatański wynalazek, ale żeby to brać tak dosłownie… Amulet w każdym razie nie był tym, którego potrzebowałam, odłożyłam go zatem na biurko obok stosu innych przedmiotów. Byłam ciekawa, w którym momencie to wszystko wraz z połową stosu kartek znajdzie się na podłodze. 
Powoli wycofałam się z pomieszczenia. Przeszłam dalej w głąb korytarza. Po lewej stronie miałam kolejne drzwi, z nienaturalnie wysokim drewnianym progiem, wytartym, prawie zaokrąglonym. Te drzwi były krzywe, nieco szersze na dole, a na środku wyryto niezgrabny pentagram. Przyznaję, że troszkę mnie to zaintrygowało. Otworzyłam te drzwi, obojętnie przyjęłam fakt, iż po drugiej stronie progu brązowe małe płytki zastąpiły parkiet. Przede mną ciągnął się wąski korytarzyk, przechodzący w schody o dość niskich stopniach. Idąc nim, zauważyłam, że stopniowo robi się coraz ciemniej. Obejrzałam się za siebie, szukając przyczyny tego nietypowego zjawiska, nie zobaczyłam jednak nic więcej ponad to, że teraz tak samo ciemniej było w całej długości korytarzyka. Kiedy cofnęłam się o krok, miałam wrażenie, że znów zrobiło się nieznacznie jaśniej. W całym korytarzu. Jakieś złudzenie optyczne? Żeby się upewnić dałam jeszcze kilka kroków do przodu, potem cofnęłam się jeszcze bardziej i zmieniłam zdanie. To raczej nie było złudzenie, ale celowo wywołany efekt. A w jaki sposób wywołany? Tu odpowiedź mają kapłani największych religii – to rzeczy nie do pojęcia dla niedoskonałego ludzkiego umysłu, więc i tak tego nie zrozumiemy.
Na dole schodów były kolejne drzwi, metalowe. Tym razem proste, przy krawędziach miały wzór z płaskorzeźby, imitujące popękany lód pokrywający ich brzegi. Nie miały żadnej klamki ani gałki, ale wystarczyło wyciągnąć w ich kierunku rękę, choćby po to, żeby sprawdzić, czy może da się je po prostu pchnąć, i już samoistnie odjechały w górę z nienaturalnie głośnym hurgotem. To też z pewnością zrobione było celowo.
Mogłam sobie pomyśleć, że jeszcze tylko brakuje tu upiornej mordy diabła, ale nie, tego też zabraknąć nie mogło. Mordę zobaczyłam po przejściu paru kroków, kiedy po wpływem dziwnego impulsu akurat musiałam spojrzeć w górę. Płaskorzeźba znajdowała się na suficie, mniej więcej na środku pomieszczenia i była barwy brązowej, nieco ciemniejsza niż reszta sufitu. Morda stanowiła jednocześnie tarczę słońca z pofalowanymi promieniami, wokół znajdowały się półksiężyce z klasycznymi już twarzami brodatych starców. Wszystkie te oblicza zdawały się wyrażać dezaprobatę, chociaż w każdym przypadku grymas był nieco odmienny.
- Pewnie jesteś zły, że już od dawna nikt nie złożył ci w ofierze kozy – mruknęłam do mordy – Albo chociaż czarnego kota.
Pomieszczenie, w którym się znajdowałam było mniej więcej kwadratowe, filary rozmieszczone po dwa w pobliżu każdej ze ścian oraz dziwne geometryczne formy, wyrastające z podłogi i tworzące coś w rodzaju dekoracyjnych murków i przegród, czyniły kształt mniej regularnym. Znów miałam wrażenie, że światło zmienia się w zależności od tego, gdzie stoję, najjaśniej było na środku, ale tutaj różnice były już dużo mniejsze. Ogólnie było tu nieco ciemniej niż w reszcie domu. Pod sufitem znajdowały się trzy niewielkie okna opatrzone ekstrawagancko ozdobną kratą, ale zamiast na zewnątrz, miałam widok na jakiś zielonkawy mrok, w którym przepływały smugi gęstej mgły. 
Obeszłam tę dziwną komnatę, nie wiem, czy bardziej zaintrygowana, czy rozbawiona. Miałam tutaj własną kaplicę szatana, jakbym którejś nocy nabrała chęci na małą czarną mszę? Potem pomyślałam nieco bardziej logicznie i zwróciłam uwagę na wielkie, ciężkie kufry ustawione pod jedną ze ścian i niszę, w którą wbudowany był wielki stół. Podobna nisza znajdowała się na przeciwległej ścianie, tam z kolei były półki. A na nich mnóstwo alchemicznego sprzętu, jak rekwizyty z familijnego filmu o podróży w czasie do średniowiecza. Jako, że stół był bliżej, od niego zaczęłam. Na blacie nakreślone były ołówkiem słabe zarysy przenikających się kręgów, kwadratów, trójkątów i pentagramów. I owszem, amulety też tam leżały, całe mnóstwo. Większość w postaci dziwacznych kształtów utworzonych ze splątanych, w niektórych przypadkach lekko nadtopionych drutów. Kilka drewnianych kostek jak do gry, tylko zamiast oczek miały runy albo podobne znaki. Kilka maleńkich czaszek, chyba ptasich, w tym jedna ozdobiona spiralnym wzorem. Tak, czerwonym. Tylko zbyt jasnym, żeby to była zaschnięta krew. Przysunęłam bliżej krawędzi blatu to, co przypominało wydłużone szpatułki albo blaszki. Niestety jedyny sześciokąt, który znalazłam był bardzo regularny, wykonany z czarnego gładkiego tworzywa. Miał bok długości nieco ponad dwa centymetry, po jednej stronie w pobliżu kątów znajdowały się błękitne punkty. Z pewnością nie było to to, czego szukałam, ale na wszelki wypadek wcisnęłam go do kieszeni spodni. Potem sięgnęłam do leżącej na stole grubej księgi w czarnej oprawie. Zwykłej, z cienkiej tektury, z wykonanym złotobrązową linią rysunkiem człowieka wewnątrz wieloramiennej gwiazdy, stojącego w rozkroku i z wyciągniętymi na boki ramionami jak ten ze słynnego szkicu Leonarda. Obok każdego wierzchołka gwiazdy znajdowała się inna demoniczna twarz czy też maska. Tytuł wypisano pod rysunkiem prostymi runami, jednak, kiedy przyjrzałam się temu dokładniej, wydawało mi się, że w niepojęty sposób napis się zmienia, pozwalając się odczytać. „ASYMETRYCZNE ROZSZCZEPIANIE UMYSŁU”. Otworzyłam książkę, przerzuciłam kilka kartek. Znów dziwne znaczki, robaczki i runy, chyba nawet czasem kilka różnych alfabetów na tej samej stronie. I schematy, coś w stylu wektorów, otoczone okręgami zbiory punktów powiązane siecią linii, tabele i podzielone na części koła. No znów ta szatańska matematyka, jak nic!
Odłożyłam książkę i chciałam przejść dalej. Chciałam.
- A odnieść ją na miejsce to nie łaska?!
- Miło cię znowu wi… to znaczy słyszeć, Kiri – mruknęłam.
- Pfff! To teraz ty bądź tak miła i weź tę książkę, i odnieś ją do biblioteki. Potem dopiero narzekasz na bałagan…
- Przecież nic nie mówiłam! - zaprotestowałam.
- Ale myślałaś. Bierz tę książkę.
Dla świętego spokoju wzięłam tę książkę, chociaż z jedną wolną ręką szukanie było znacznie mniej wygodne. Otwierałam kolejne szuflady pod blatem stołu. Znów druty, całe metry drutu w małych kawałkach, mogłabym na skupie złomu nieźle się wzbogacić… Gdyby ten metal tak raczył ważyć więcej. Lżejsze to było od aluminium i to sporo. I kryształy. W różnych barwach i odcieniach, wielościenne, wydłużone albo rozgałęzione jak gwiazdy. Zapewne mogłam bezpiecznie założyć, że nic z tego nie było diamentem i kolejny plan łatwego wzbogacenia się nie miał prawa się powieść. Potem przyszła kolej na kufry. Oba przegrzebałam do samego dna, na ile było to możliwe bez wyciągnięcia całej ich zawartości na podłogę. Czasami miałam wrażenie, że przedmiot, który położyłam gdzieś obok po chwili mojej nieuwagi zmieniał się w coś innego. W pewnym momencie, kiedy znieruchomiałam nad otwartą skrzynią, zdałam sobie sprawę, że chociaż w tej chwili nic nie dotykałam, nadal słyszałam jakiś chrobot. Wstrzymałam oddech. Natężenie dźwięku w niektórych momentach rosło, miałam też wrażenie, że jego źródło się przemieszcza. Na chwilę wszystko ucichło, potem znowu coś zachrobotało, znacznie bliżej mnie. Swoje tętno odczuwałam już chyba w całym ciele. I znów, i kolejny raz. Jeszcze bliżej. Niewiele ponad metr ode mnie, za moimi plecami. Zaczęłam się powoli odwracać. Naprawdę byłam bliska tego, żeby zacząć krzyczeć, z pewnością krzyknęłabym, gdybym coś zobaczyła, cokolwiek, nawet jakiś refleks światła czy własny cień na skraju pola widzenia przy wykonaniu gwałtowniejszego ruchu… Nic jednak nie zauważyłam. Nawet cisza utrzymywała się tym razem przez dłuższą chwilę, zanim usłyszałam cichy szelest, jakby gdzieś za ścianą.
Zebrałam z podłogi rozrzucone rzeczy, wrzuciłam je losowo do dwóch skrzyń. Może i robiłam bałagan, ale to na razie i tak nie miało znaczenia. Bardziej liczył się fakt, iż poczułam, że wszelkie bodźce wydawały mi się lekko przytłumione. Domyśliłam się, że mam niewiele czasu.
Ruszyłam w stronę półek przy przeciwległej ścianie, teraz już ignorując wszelkie podejrzane dźwięki. I tak pewnie nie miałam szans nic zobaczyć. W miarę, jak moje połączenie z tym światem słabło, czułam narastającą niecierpliwość. Nie moje uczucie promieniowało na mój umysł.
- Wydawało mi się, że to gdzieś tu było.
No cóż, moja droga Kiri, no cóż…
Na półkach znów to samo, druty, blaszki, kawałki drewna i inne tworzywa. Oprócz tego naczynia, wyjątkowo fikuśne szkło laboratoryjne. Niektóre z nich pewnie potrafiłabym zidentyfikować, gdybym mogła się przez chwilę zastanowić. Gdybym, u licha, miała czas!
Z szafki mniej więcej na poziomie mojego wzroku wpatrywała się we mnie czaszka, prawie jak ludzka, tylko zamiast tworzyć gładką kopułę, górna część porośnięta była krótkimi różkami. Czaszka znajdowała się przy krawędzi półki, a półki były na tyle głębokie, że za nią mieściło się kilka innych rzeczy. Żeby do nich sięgnąć, uniosłam czaszkę i wówczas z wnętrza wypadło czarne kudłate stworzenie, nieco mniejsze od szczura. Miało okrągłe czarne oczka, coś pomiędzy ryjkiem a dziobem, wydłużone ciało i ogon puszysty jak wiewiórka chociaż ponad dwa razy krótszy. Nie wiem, czy w ogóle miało łapy, zdawało się płynąć albo ślizgać po powierzchni, a trudno było się zorientować, gdy jego gęsta, prosta sierść sterczała jak naelektryzowana.
- Czymkolwiek jesteś, zabrałeś może mój amulet? - spytałam. Zawsze była jakaś szansa, że to coś mnie zrozumie. Chyba nawet zrozumiało, bo zaczęło gwałtownie potrząsać przednią częścią ciała, gdzie powinna być głowa. Na wszelki wypadek jeszcze pokazałam temu płaski sześciokąt.
- To coś takiego, tylko wydłużone w jednym kierunku.
Znów stworzonko gwałtownie się otrząsnęło. Przymnkęłam oczy i jęknęłam. W uszach mi szumiało, jednocześnie gdzieś za moimi plecami coś znów chrobotało po podłodze albo pod nią.
- Tracę kontakt – mruknęłam – Kiri, poszukam tego następnym razem. Teraz nie dam rady.

...potencjalnie każdy z nas może nabrać głębokiego przekonania, że coś ma sens tylko dlatego, że mamy akurat wyższy poziom dopaminy...
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  iSenowe Kroniki Filmowe Slavia 5 81 07-11-2017, 01:22
Ostatni post: wampia

Skocz do:

UA-88656808-1