Dziennik Khlavan
#21
Skojarzenie z filmem "Iluzja/Now you see me, now you not".
Pierwsze sceny to występ z początku filmu wraz z teleportem do banku.
Potem sam przyjmuje na siebie rolę magika/sztukmistrza. W niewielkim pokoiku wyłożonym kafelkami mam zmaterializować kogoś. Obchodzę wszystkie ściany i chcę pokazać, że nie ma tu żadnych ukrytych drzwi. Opukując jedną z ścian odnajduje drzwi(głuchy odgłos). Na początku te drzwi są zamknięte i nie mogę dostać się do środka. Po kilku chwilach (zgodnie z regułą snów) drzwi odnajduję na każdej ze ścian. Prowadzą do niedużych pomieszczeń typu kuchnia czy toaleta. Ascetyczna, jednolita i jasna atmosfera.
Przygotowuję się do występu. Oglądam pomieszczenia/klatkę za kulisami w którym ma stać 9 osób. Kręcę się trochę po okolicy i w pomieszczeniu obok znajduję płaczącą kobietę/nastolatkę, której zmarł chłopak. W głowie pojawia mi się myśl, by jej pomóc. W zamian ona zagra dla mnie na pianinie lub organach przy występie. Proponuję jej, że zwrócę jej chłopaka jeśli dla mnie zagra.

Pędzę na małym wagoniku po torach, ze mną jest nastolatka. Jedziemy bardzo szybko, na pytanie czy nie za szybko, odpowiadam jej, że umiem kontrolować wagonik i dzięki moim umiejętnościom (przewidywanie przyszłości) dotrzemy na miejsce cało i szybko. Docieramy do końca torów - przed sobą widzę betonowo-drewniany stoper. Wysiadam i schodzę po pokrytym zieloną trawą nasypie. Dolna część to również kilka metrów trawy, pojedyncze drzewa i ruchliwa ulica przy blokach mieszkalnych. Na dole pojawia się policjant i kilku gapiów. Rozgrzebuję piętą dziurę w ziemi, przybiega z tyłu pies i zaczyna węszyć w około wypełnionych wodą dziur. W jednej z nich pojawia się ciemny wypolerowany kamień o kształcie czaszki (moje skojarzenia biegną - czymś trzeba policjanta odciągnąć, niech znajdzie coś w okolicy, co może zainteresować policjanta, czaszka/zwłoki, nie chcę być taki mroczny).
Wracając do wagonika u podnóża nasypu w dziurze znajduję błyszczące coś. To kółka na złocistym kształtowniku, do zamocowania do wózka scenicznego. Cieszy nie to. Wspinając się po nasypie trafiam na kilkanaście takich kształtowników, z których da się zbudować rusztowanie. Waham się czy zabrać tylko kółka czy całość - może mi nie starczyć miejsca w wózku.
Wracamy wagonikiem, jest załadowany rusztowaniami. Z lewej strony mały płotek, a za nim ulica. Poczucie jak przejazd tramwajem przez park. Obawiam się czy mijanie drzewa nie zahaczą o wystające elementy i - jak na życzenie - drzewa się pojawiają jak na życzenie. Raz z prawej strony, raz z lewej. Mijam je bez problemu.
Zatrzymujemy się przy budynku dworcowym. To mała stacyjka. Wychodzę z jej wnętrza, moja towarzyszka chce wysłać kurierem nasz ładunek (zapakowany w srebrną folię). Odrzucam ten pomysł - zajmie za dużo czasu. Wsiadamy na wagonik i ruszamy w drogę. Tym razem jest on załadowany dużo zgrabniej i nic nie wystaje, a jedzie się przyjemniej.

Znajduję się przy klatce za kulisami. Ochrona wykorzystała ją do przechowania tutaj złapanych rozrabiaków. Jestem zły, każe ją opróżnić, tak by tylko 9 zastało - teraz jest ich co najmniej 30, nawet 35.
Podchodzę do każdej z tej 9 i podaję im do rąk mała kulkę z bursztynowym paskiem na środku. Zaciskam dłonie na tej kulce i ładuję ją. Mówię im, ze bez ich pomocy i tych kulek to tam na scenie wszystko wyleci w powietrze. Przy przedostatniej osobie (kobieta) kulka jarzy się na tym pasku. Uśmiecham się i przy ostatniej osobie bardziej się skupiam ładując ją w rękach.
Idę do pokoiku na przeciwko. Zabieram ze sobą nastolatkę. Pokój wypełniony jest ludźmi (przypomina to spotkanie rodzinne lub pokój dzienny w jakimś ośrodku). Zaczynam od przywrócenia do życia chłopaka nastolatki (o imieniu ksylitol?). Na wózku z rurek (by było widać, że nic pod spodem nie ma) narzucam tkaninę, kładę pod nią na blat kamyk.
Idę korytarzem za kulisami ubrany w majtki i podkoszulkę. Idę pod prąd tłumowi ludzi ubranych w ciemne kurtki. Docieram do korytarza prowadzącego w lewo, gdzie wypatruję owego sprowadzonego chłopaka.
Wracam i mówię do towarzyszących mi osób (jest tam jedna dziewczyna), by przypominały tej nastolatce o tym, że ma tydzień by się z nim pożegnać i by się rozstali jak najbardziej pogodzeni z tym co się dzieje.
Jestem w pokoju i chcę spełniać życzenia i pragnienia osób tam przebywających. Zwracam się do mojej cioci (ortodoksyjnej chrześcijanki)
Nie wol­no się bać, strach za­bija duszę.
Strach to mała śmierć, a wiel­kie unicestwienie.
Sta­wię mu czoło.
Niech przej­dzie po mnie i prze­ze mnie.
A kiedy przej­dzie, od­wrócę oko swej jaźni na je­go drogę.
Którędy przeszedł strach, tam nie ma nic.
Jes­tem tyl­ko ja.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#22
jestem w dużej sali, jak balowej. W około mnie znajdują się wielu gości, rozstawionych pod ścianami.
Przez salę maszeruje grupa żołnierzy (stroje z epoki napoleońskiej i takież uzbrojenie). Ci żołnierze stają się elementem gry - mój niewidoczny przeciwnik, mężczyzna, wydaje im polecenia. Ja pod swoją komendę dostaję niesprecyzowaną liczbę robotników-żołnierzy. Cała gra sprowadza się do wydania polecenia (ile kroków w którą stronę i ognia), po czym gaśnie światło, żołnierze się poruszą i strzelają.
Za pierwszym razem odczuwam niechęć - żołnierze przeciwnika strzelają dużo celniej i mocniej niż moi. Za drugi razem rozdzielam wszystkich uczestników na dwie grupy. Za trzecim razem wydaje złożone polecenie (x kroków prosto i y w prawo), po czym mój przeciwnik wydaje drugie polecenie co mnie denerwuje, bo łamie tym samym zasady gry.

Ta sama sala balowa. Goście siedzą przy stołach pod ścianami. Obserwuję zegar na którym jest 5 min po północy. To przecież zabawa sylwestrowa, w TV jest jakieś orędzie i fajewerki. Włączam telewizor (ekran pojawia się na górze na drugiej ścianie) - zdaję sobie sprawę, że już po wszystkim.
Siedzący obok mnie starszy ode mnie mężczyzna (kojarzy mi się z łysiejącym wujkiem lub L. Millerem) poucza mnie lub strofuje o młodych i 'za moich czasów'. Nie podoba mi się to. Całość zmienia się klimatem w spotkanie u rodziców, a ja opuszczam pokój zły na matkę, że nie stanęła po mojej stronie tylko tego mężczyzny. W głowie słyszę głos bratowej, która nie rozumie i dziwi się takiej postawie matki.
-----
Spoglądam na sztuczną ściankę wspinaczkową, na górnej jej części wspina się niepewny chłopak. Do samej góry brakuje mu jeszcze jednej wpinki. Z dołu wskazuje mu jakie chwyty i w jaki sposób chwycić - niebieska klama z dużym uchwytami od góry i od prawej, etc. Obserwuje go jak się przymierza do tych chwytów, robi to jakby unosił się w powietrzu. Po chwili pojawia się myśl, że może odpaść i tak się dzieje - spada, lecz przed upadkiem powstrzymuje go lina asekuracyjna.

Stoją przy skrzyżowaniu drogi osiedlowej z ruchliwą główną po której przemykają widziane kątem oka samochody. Obserwuje jak mężczyzna (nieznany wujek) zawiesza wiszące siodełko do prac alpinistycznych na poziomym fragmencie ulicznego słupa (tak jak część z sygnalizatorami). Odczuwam niepokój - linki wydają się cienkie na nitka i rzeczywiście po kilku chwilach spada on uderzając w ziemię kolanami. Leży bez ruchu, nie widać śladów krwi czy ran. Myślę, ze trzeba go będzie ostrożnie przenieść na rękach, najlepiej dwóch ludzi. I tacy do niego podchodzą, chwytają go pod kolana i ramiona i przenoszą.
-----
Jasno oświetlone długie pomieszczenie przypominające ciepły i kameralne mieszkanie (całe mieszkanie jako jeden pokój). Skojarzenie prowadzące do niego to kilka screenów z różnych edycji i przedziałów czasowych jednej niezidentyfikowanej gry w czasopiśmie. Czasowo to jakieś lata 80/90.
Z lewej przez obecne, lecz niewidoczne okna wlewa się do środka ciepły, pozytywny, słoneczny blask. Z prawej jest ściana. Lekkie skojarzenie z filmem 'Oldboy' - w sensie separacji i jakieś dziwnej sztuczności.
Powinienem coś tutaj robić, jak z izolacyjnych treningów i testów dla astronautów.
------
Wchodzę do dużego budynku korporacyjnego. Zewnętrzne ściany to samo szkło, rozliczne kolumny i przestrzenne korytarze otwarte na wewnętrzny dziedziniec (przez całą wysokość). Chodzę w koło chcąc dotrzeć do jakiegoś mgliście opisanego miejsca. Fragment korytarza jest zniszczony (wypadek? eksplozja? erozja? zamach?) i do celu muszę przejść dookoła środkowej pustej części z widokiem na dziedziniec. Skojarzenie z grą zmuszającą do wędrówki, HalfLife, gdzieś jest część kompleksu z laboratoriami i komputerami.
Zaglądam do dużej jasnego i białego pomieszczenia gdzie przebywają sekretarki? asystentki? gdzie uprzejmie i szarmancko zagaduje (nie wiem co mówię, liczy się intencja)
-----

Jestem pod wielkim wrażeniem pamięci szczegółów oraz długości zapamiętanego snu. Choć tutaj opisałem może z 3/4 tego co dałem radę wysłowić.
Na pewno dostrzegam zysk ze stosowania ADA oraz pracy z podświadomością pozytywnymi afirmacjami.
Nie wol­no się bać, strach za­bija duszę.
Strach to mała śmierć, a wiel­kie unicestwienie.
Sta­wię mu czoło.
Niech przej­dzie po mnie i prze­ze mnie.
A kiedy przej­dzie, od­wrócę oko swej jaźni na je­go drogę.
Którędy przeszedł strach, tam nie ma nic.
Jes­tem tyl­ko ja.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#23
Gratuluję pamięci, miło widzieć, że ADA nie została zapomniana. :P
LD - 197 || Inces jest bogiem, TR nałogiem, WBTB podstawą, a eLDe zabawą.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#24
Cytat:Po chwili pojawia się myśl, że może odpaść i tak się dzieje - spada, lecz przed upadkiem powstrzymuje go lina asekuracyjna.
Cytat:Myślę, ze trzeba go będzie ostrożnie przenieść na rękach, najlepiej dwóch ludzi. I tacy do niego podchodzą, chwytają go pod kolana i ramiona i przenoszą.
Zauważam, że w snach z dobrym poziomem świadomości (tym samym zwykle dobrze zapamiętanych) często właśnie widać takie dobrze zarysowane związki przyczyno-skutkowe. Myślę, że w ramach skierowania praktyki uważności (ADA) na LD, powinno się wyrobić wyczulenie na takie sytuacje na jawie. W sensie bezpośrednie powiązanie toku myślowego z wydarzeniem po nim :)
Jakby się uświadomić dzięki temu to by było takie czyste uświadomienie dzięki uważności :)
Dreamweaver - break your chains and make your move
Or you might just see a dreamweaver's fall
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#25
@Fallen Leaf - to co opisujesz to jeden z testów rzeczywistości (TR/RT). Przez 2-3 tygodnie ćwiczyłem taki test, ale brakowało mi właśnie zrozumienia jak to działa. Żadne opisy i teorie nie docierały i nie docierają do mnie.
Dopiero takie doświadczenie jak to opisane w tym śnie i jakaś nieco głębsza, nieświadoma uwaga, że moja myśl do tego doprowadziła działa bardziej przekonująco. Jednak czuję, że sam RT dla mnie to za mało.
Dużo lepiej przekonują moją podświadomość ćwiczenia z wizualizacją. W stanie jaki zwykle osiągam przed snem, gdy mam wizualizację pozwalam jej rozwijać się. Jednocześnie podejmuje próby 'sugerowania' gdzie teraz pójść, na czym się skupić, etc. Naciskanie, zmuszanie w tym stanie by działo się co chcę kończy się rozpadnięciem wizji. (mógłbym dużo jeszcze pisać o tym).
Natomiast delikatne 'sugerowanie' lub 'teleportowanie myślą' daje dużo lepsze efekty. I te efekty intuicyjnie wiążę z tym co opisałeś

Co więcej - od kiedy sporadycznie ćwiczę w ten sposób (brak mi regularności) - zauważyłem, że w pamiętanych fragmentach snów mogę obserwować rozwijającą się fabułę i jednocześnie - 'na drugim wątku' - przywoływać skojarzenia. Dotychczas takie skojarzenia zmieniały od razu fabułę, która szła zgodnie z tym skojarzeniem. A teraz częściej mogę utrzymać w umyśle dwa fakty - to co się dzieje i to co kojarzę.

Najtrudniejsze w treningu wizualizacji jest dla mnie przywołanie stanu spontanicznych hipnagogów (chyba mogę je tak nazwać). Tuż przed snem stan taki jest naturalny, choć zbyt szybkie zasypianie go ucina lub też zbytnie skupienie się nad nim tak rozbudza umysł, że późniejsze uśnięcia właściwe jest dla mnie zbyt trudne.
PS. Powyższe to moje samodzielne obserwacje, niepoparte żadnym autorytetem ani pieczęcią 'prawda'.
Nie wol­no się bać, strach za­bija duszę.
Strach to mała śmierć, a wiel­kie unicestwienie.
Sta­wię mu czoło.
Niech przej­dzie po mnie i prze­ze mnie.
A kiedy przej­dzie, od­wrócę oko swej jaźni na je­go drogę.
Którędy przeszedł strach, tam nie ma nic.
Jes­tem tyl­ko ja.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#26
Nie, nie. To nie TR. To czysta uważność. Zauważasz to kiedy to się dzieje, do tego potrzebna ciągła uważność. W ramach TR można by próbować na chama sprawdzić czy taki związek przyczyno-skutkowy zajdzie, ale jest niska gwarancja, że akurat wyjdzie a nawet jeśli to nie jest pewna oznaka, że śnisz. Na jawie, też zdarzają się takie sytuacje. Oczywiście jeśli już będąc uważnym zauważysz takie powiązanie to jakiś pewniejszy TR (najlepiej z nosem) jest wymagany bo tak jak pisałem, to nie jest pewna oznaka, że śnisz.
Dreamweaver - break your chains and make your move
Or you might just see a dreamweaver's fall
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#27
Przyjemne popołudnie w pracy, siedzę jak w szkolnych ławkach. Przede mną Łukasz J. i monitor. Z prawej ściana, z lewej niewidoczny stół z kolejnymi komputerami i pracownikami. Z przodu (w drugiej końcówce L jaką jest pomieszczenie) jeszcze jeden stół i przełożony, które zleca nam zadanie (problem algorytmiczny).
----
Razem z koleżanką, za którą idę i którą darzę sympatią., wędrujemy przez peron dworcowy a jednocześnie fragment miasta z targowiskiem lub ogródkami przy restauracjach/kawiarniach. Wszystko otoczone wysokimi budynkami, których dachów nie widać. Mimo to daje się odczuć lekką atmosferę, skąpaną ciepłym słonecznym blaskiem - leniwe popołudnie w gęstym sadzie.
Pierwsze kroki kierujemy do pociągu i torów. To wzbudza skojarzenie z odjazdem z miasta i smutkiem, że mnie pozostawia. To wzbudza zmianę - teraz wracamy zewnętrzną stroną torów, pociąg jest jakby na wpół zanurzony i tylko górna część wagonów wystaje.
Udajemy się do drugiej części tego placu, tam znajdują się luźno rozstawione stoliki (metalowe i jakby druciane). Dalszą część tego placu prowadzi do schodów (odczucie jak schody prowadzące do katedry), a ich otoczenie jest pełne ażurowych siatek poprzerastanych roślinami.
Siedzimy plecami do schodów, oglądam profil towarzyszki. W myślach odtwarzam swoje przemyślenia o miłości do ludzi, a jej mówię, że w każdym człowieku jestem w stanie znaleźć ziarno dobra i to ziarno uczynić głównym moim punktem w jego odbiorze, że daje mu odczuć to jego dobro. Nie czuję się gotowy powiedzieć, że ich kocham.
-----
Siedzę ponownie w biurze, przełożony chce by pokazać mu wyniki naszego zadania. Przeglądam zeszyt z odczuciem, że zadania nie zrobiłem. W zeszycie widzę wklejone zdjęcia lub obrazy (ich tematyka teraz mi umyka) oraz jakieś notatki. To co nieświadomie mnie pozytywnie nastraja to fakt, że wracając ponownie do tej samej strony widzę to samo. Niestety, zadania tam nie mam. Przełożony spogląda na mój zeszyt i nic nie mówi. Ja wewnętrznie pragnę by uznał te bazgraninie za część zadania.
Podchodzę do kolegi, który siedział naprzeciwko i zapytuje go o fragment algorytmu (zaskakujące po raz drugi - jestem w stanie w pamięci przetworzyć fragment spójnych obliczeń i zasymulować kilka wyników). Opisując mu swoje wątpliwości odkrywam, że sam sobie odpowiedziałem jak to rozwiązać (nie robić drugiej, wewnętrznej pętli od miejsca startu zewnętrznej - tylko od początku zbioru). Uprzejmie mu dziękuję i wracam do biurka.
Przede mną staje moja wcześniejsza towarzyszka. Dostrzegam ciemne włosy i duży (nie nachalnych, lecz taki 'luźny' i naturalny) dekolt bardzo jasnej skóry. Na więcej nie pozwalam sobie - wracam do jej twarzy. Oparta na stoliku rękoma nachyla się i szepce bym w pracy nie okazywał jej swoich uczuć?że się znam? że coś nas łączy? Zdziwiony pytam ją, czy odczuła że jest inaczej, czy zrobiłem coś nie tak.
Nie wol­no się bać, strach za­bija duszę.
Strach to mała śmierć, a wiel­kie unicestwienie.
Sta­wię mu czoło.
Niech przej­dzie po mnie i prze­ze mnie.
A kiedy przej­dzie, od­wrócę oko swej jaźni na je­go drogę.
Którędy przeszedł strach, tam nie ma nic.
Jes­tem tyl­ko ja.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#28
Od kilku dni sny mam krótkie i rwane. Wcześniej zasypiałem przed 22, a pobudka zwykle była ok 7:30. W tym upatruje przyczynę.
Nie wol­no się bać, strach za­bija duszę.
Strach to mała śmierć, a wiel­kie unicestwienie.
Sta­wię mu czoło.
Niech przej­dzie po mnie i prze­ze mnie.
A kiedy przej­dzie, od­wrócę oko swej jaźni na je­go drogę.
Którędy przeszedł strach, tam nie ma nic.
Jes­tem tyl­ko ja.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#29
Opadam w dół . Skojarzenie z głębokim nurkowanie buduje dalszą scenerię. Na początku głębia nie ma granic, potem zamienia się w coś bliższego szerokiej studni o kamiennych ścianach. W ramach dalszego opadania pojawia się lęk - głębokość, ciśnienia, powietrze. Część tych obaw jest rozproszona przez świadomość, że ktoś inny (mężczyzna, badacz) już tu nurkował przede mną. Druga część to wykorzystanie rebreathera z zamkniętym obiegiem.
Docieram do półki gdzieś po drodze i tam się zatrzymuję. Chyba część obaw powstrzymuje mnie przed dalszym zanurzaniem się. Przez cały czas panują tzw. holywoodzkie ciemności. Niby ciemno, ale wszystko widać - coś jak noc w mieście na głównej ulicy. Jestem stale zwrócony w stronę półki i ścian studni, za plecami mam dalszą część głębi. To chyba podświadome radzenie sobie z lękiem głębokości i ciemności.
Wkrótce w pobliżu pojawiają się inni podróżnicy, bez żadnego sprzętu. Ja również jestem bez żadnego ekwipunku (to jest spostrzeżenie z rzeczywistości). Na półce pojawiają się jakby obozowiska czy bazy. Jedna grupa nawet wykuła w skale półki zagłębienia/nisze i tam się osadziła (4 osoby, prostokątna nisza). Przez myśl cały czas przewija mi się liczba 4 km. Jakaś część umysłu buntuje się, że to bardzo głęboko, ale jest to ledwie zauważalne, akceptuje to.
W końcu się obracam i spoglądam jak z dalszą drogą na dół. Niby jest to gruzowisko kamieni, jednak między nimi dostrzegam otwory przez które mogę ruszyć dalej na dół. Kręcę się chwilę po okolicy, w końcu wybieram jeden otwór i ruszam na dół. W końcu ów przewodnik/badacz też już tam jest/był (kolejna liczba 8 km).
Samego przejścia nie obserwuje - następuje przeskok i jestem ni to w jaskini, ni to w abstrakcyjnej przestrzeni wypełnionej siecią sieciami połączonych kostek koloru czerwonego. Przypomina to trochę pulsującą żywa sieć, organiczny konstrukt. Odczuwam lekki niepokój.
Wśród tych czerwonych kostek pojawia się kilka niebieskich i rozpoczyna się ich rozprzestrzenianie/rozmnażanie. Kończy się to pewnego rodzaju równowagą, gdy oba kolory się wyrównały swą liczność i równocześnie zniknęło poczucie niepokoju.
------
Kwestie głębin morskich, ciemnych ciemnością niepokojącą, czasami ciemnością obojętną, a czasem wodą o przejrzystości powietrza - pojawia się od czasu do czasu.
Senniki ten element snu wiążą zwykle z podświadomością.
Nie wol­no się bać, strach za­bija duszę.
Strach to mała śmierć, a wiel­kie unicestwienie.
Sta­wię mu czoło.
Niech przej­dzie po mnie i prze­ze mnie.
A kiedy przej­dzie, od­wrócę oko swej jaźni na je­go drogę.
Którędy przeszedł strach, tam nie ma nic.
Jes­tem tyl­ko ja.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#30
Obserwuje scenerię z boku. Rzadki las na wzgórzu i wędrują tam gęsiego grupka kilku osób ubranych w czarne kombinezony kojarzące się z obszarami epidemii (tamte są zwykle jaskrawo żółte). Obszar ten uległ jakiejś apokalipsie. Niebo jest szare, panuje pochmurny dzień.
Przeskok do innego wzgórza - tamto było obserwowane na lewo. To na prawo. Na jego szczycie widzę dwa niskie budynki z drewnianych bali. Przypomina to farmę/ranczo. Najazd kamerą na drugi z budynków, pierwsze mijam po lewej. Bale mają intensywny brązowo ciemno-miodowy kolor. Wchodzę do środka.
Korytarz, drzwi wejściowe mam po lewej, po środku są zamknięte drzwi prowadzące do piwnicy, po prawe w ścianie zamknięte drzwi do dalszej części. Moi towarzysze rozeszli się po budynku zbadać go, zabezpieczyć i zebrać zapasy.
Otwieram do wewnątrz drzwi prowadzące do piwnicy, widzę ciemność. Ogarnia mnie paniczny strach, a wyobraźnia podpowiada że po schodach wspina się coś paskudnego, potwór, etc. Chwytam drzwi i chcę je zamknąć, czuję się z tym głupio - nie mam jak ich zaprzeć czy zablokować jak to coś szarpnie. Otwierają się drzwi z prawej prowadzące do dalszej części budynku (widzę jasno oświetlone pomieszczenie przez wpadające przez okna ciepłe, słoneczne poranne światło.
Znajduje się na płaskim dachu budynku. Panuje noc. Przed sobą widzę lewitujące i emitujące łagodne różnokolorowe światło kryształy (ośmiościan foremny). Są one powiązane delikatnymi liniami światła w równomiernie rozpostartą sieć. Przechodzę od jednego do drugiego kryształu, w pewnym momencie zdaję sobie sprawę, że zbieram te kryształy łącząc ich blask w jeden duży.

Ta część jest mocno mglista i bazuje na pojedynczych wydarzeniach spiętych nie płynną fabułą. Przypomina to trochę komiksowe wprowadzenie. Droga po której idę z zespołem. Leżę na plecach, zakryłem ciałem granat, który eksplodował mi na wysokości nerek. Żyję. Zrobiłem to by uratować innych i jest mi z tym dobrze. Ponownie jestem przed drzwiami prowadzącymi do piwnicy. Tym razem spokojnie mówię o swoim poświęceniu dla innych i ciepło zwracam się do tego co kryje się w ciemności, by mnie zaakceptowało, nie jestem wrogiem. Nie boję się, jestem gotowy umrzeć bez strachu.
Jesteśmy u celu - baza rządowa. Ujęcie małego dziecka (ew. płodu), to jest klon z moich najlepszych cech, który wyhodowano, by ponownie wysłać nas na wcześniej eksplorowane obszary.

Wraca spójność i płynność fabuły. Idziemy ponownie przez krainę o szarym niebie, jest jasno. Na drogę przed nami pojawia się dziwaczny mieszkaniec tej krainy. Ponownie zwracam się do niego jak wcześniej do ciemności w piwnicy z prośba o pomoc i przepuszczenie. Stoję teraz przed ciężką maszyną budowlaną przypominającą buldożer, a na górze w kabinie jest wędrowiec. Udziela nam zgody na przemarsz i daje nam coś. Na uniesionym lemieszu znajduję kilka cyfr. To jest kod do otwarcie czegoś. Poza tym że jest 4-5 cyfrowy i na początku ma 1 i potem 9 lub 5 nic więcej nie jestem w stanie wyczytać.
Idziemy dalej drogą, w około pustkowie. Po prawej stronie drogi widzę wznoszącą się wysoko wieżę o podstawie kwadratu (lub magazyn). Z naprzeciwka zmierza w naszą stronę przeciwnik, chce walczyć. Szybko chowam się wewnątrz i szukam miejsca gdzie wpisać szyfr, choć mam świadomość, że go nie pamiętam.
Zeskakuje z drabinki na ziemię (dziedziniec wewnątrz) by stawić czoło temu kto wszedł. Potrzebuję broni - chociażby solidnej lagi lub rury. W moich rękach pojawia się miecz świetlny i zaczynam walczyć. Walczyć to za dużo powiedziane - mam ulotną świadomość, że nie jestem w stanie dobrze wyobrazić sobie tego (czy opisać) więc kończy się to sztychem w jego klatkę, a on przyjmuje go spokojnie.
-----
(uwagi - efekt paraliżującego strachu przed ciemnością za drzwiami, również fakt piwnicy - dość częsty motyw snu; ostatni walka z przeciwnikiem nosi ślady wyższego poziomu świadomości)
Nie wol­no się bać, strach za­bija duszę.
Strach to mała śmierć, a wiel­kie unicestwienie.
Sta­wię mu czoło.
Niech przej­dzie po mnie i prze­ze mnie.
A kiedy przej­dzie, od­wrócę oko swej jaźni na je­go drogę.
Którędy przeszedł strach, tam nie ma nic.
Jes­tem tyl­ko ja.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post


Skocz do:

UA-88656808-1